Alfred Sung Homme

Alfred Sung to Kanadyjczyk chińskiego pochodzenia, który specjalizuje się w projektowaniu sukien ślubnych. Nic więc dziwnego, że szala wagi produkowanych na licencji perfum sygnowanych tą marką zdecydowanie przechyla się na damską stronę. Jak jednak wyczytać można na specjalistyczych stronach, dom mody Sung prowadzi agresywną kampanię licencjonowania produktów. Zaczynaliśmy więc od sukni ślubnych, a mamy na chwilę obecną nie tylko męskie perfumy ale i ciuchy czy produkty spod znaku Sung Homme, czyli artykuły wyposażenia wnętrz… No cóż, każdemu wolno chcieć zarabiać 🙂 Mimo całej swej zachłanności perfumy dla mężczyzn wychodzące spod szyldu Sung nie pojawiają się zbyt czesto. Pierwszymi z nich były omawiane dzisiaj Homme. Na blogach, forach itp. w naszych szerokościach geograficznych nieodmiennie przywołują skojarzenia z tzw. „dyktą”, za to na obcojęzycznych forach wymiany perfumowej myśli mówi się o świetnym powerhousie, nieodżałowanym dziecku swoich czasów (lata 80-te). Dzięki koledze FourOfKind (pozdro brachu!) miałem okazje zrewidować „fakty i mity” na temat tego, umówmy się, niszowego w polskich warunkach pachnidła.

Często ten zapach porównywany jest w opisach do Quorum od Antonio Puiga i wąchając otwarcie potwierdzam – zaiste prawda 🙂 Podczas jednak, gdy w Quorum podobne rzeczy wyrabiają się w sercu zapachu, gdy do nieokiełznanej zieloności dołączają się igły, tak w Sungu jest to domena otwarcia. Mamy więc sosnowo-jodłowe, iglaste otwarcie, ale podkręcone od samego startu nieco syntetyczną nutą aldehydową, która podciąga zapach na metry od skóry. Od początku czuć, że „moc jest z nami”. Tu skojarzenie z denaturatem jak najbardziej prawidłowe, faktycznie czuć w zapachu mocny fiolet – bardzo trafnie określił to na perfuforum RayFlash – sok z ciemnych winogron. Dzięki aldehydom czuć właśnie rozwodnienie zapachu – tak spokojnie mógłby pachnieć Quorum Light. Im dalej, tym skojarzenia z Quorum przestają być aktualne, w sercu albowiem zapach nabiera kwiatowego charakteru. Kwiaty są tu podane w wydaniu ziołowym, kojarzącym się delikatnie z Oscarem de la Renta Pour Lui, wciąż jednak przeszkadza mi ewidentnie syntetyczna aldehydowa nuta, do której dołączać zaczyna nuta mydlanego piżma z bazy. W połączeniu z ziołowym charakterkiem wspomnianych wyżej kwiatków woń przywodzi mi nieco na myśl zalaną płynem do naczyń popielniczkę. Zapach od tego momentu, tj. ok. 1,5 godziny po aplikacji zaczyna mnie męczyć swoją aldehydowo-mydlano-popielisto-leśną mieszanką. A trwałość i projekcję ma Sung znakomitą, na poziomie największych mocarzy – trzeba go z siebie zmywać 😉

Podsumuję krótko – świetne otwarcie, niezłe serce i koszmarna, ciągnąca się w nieskończoność mydlano-piżmowa baza. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły zapach, wręcz przeciwnie. Mnie jednak mieszanka piżmo + aldehydy zdecydowanie odrzuca. Po dwóch godzinach od aplikacji od intensywności nut zaczyna boleć mnie głowa, a zapach jeszcze nie zdążył się „rozpędzić”. Nie chodzi tu o jakość składników, ale o nadmierność użycia nut piżmowych i aldehydów, przez które mam ciągłe wrażenie sztucznego „podkręcenia” zapachu. Tak jakby świetną herbatę posłodzić słodzikiem z aspartamu – cały smak zabito po drodze sztuczną, obcą naturze nutą. Gdyby całość pachniała jak otwarcie i serce, byłby to jeden z moich prywatnych hitów, a tak, nie mogę go używać. Nie wykluczam jednak, że fanom klimatów „powerhouse” bardzo się spodoba. Warto też dodać, ze jak na zapach klasyczny i typowo samczy jest dość lekki. Wiem, że odcina się to dysonansem od słów parę linijek wyżej, ale tak w istocie jest – to świeżak w stylu powerhouse. No i do tego jest diabelnie tani…

w dwóch słowach: świeżak z minionej perfumiarskiej epoki, dla fanów nut aldehydowych.

Technikalia:

głowa: kminek, jałowiec, pieprz, bylica, szałwia, bazylia, bergamotka, cytryna, galbanum, ziele angielskie, petit grain

serce: aldehydy, goździk, jaśmin, kminek, róża, igły sosnowe, przyprawy, geranium

baza: skóra, drewno sandałowe, żywica sosnowa, paczula, piżmo, mech dębowy, wetiwer, cedr

nos: ???

data powstania: 1989

Reklamy

Antonio Puig Quorum Silver

Puig to olbrzymia korporacja, która skupia się przede wszystkim na produkcji perfum dla wszystkich chętnych wyłożyć grubszą gotówkę na zaistnienie w zapachowym świecie. Oprócz poważnych perfumowych graczy jak Comme des Garcons czy Prada, produkuje tez perfumy pod marką tak „prestiżową” jak Banderas, Shakira czy Barbie. Swojego miana na drobne już tak łatwo jednak nie rozmienia. Od 1968 światło dzienne ujrzało zaledwie 9 flakoników perfum sygnowanych mianem Antonio Puig, z czego jedynie 4 to perfumy przeznaczone dla mężczyzn. Daje to przybliżoną średnią – 1 męski zapach na 10 lat. Widać w tym pewien pomysł – tworzenie „perfum na miarę swoich czasów”. Premierowej Agua Bravy nie znam, ale już kolejne, tj. Quorum, idealnie wpisuje się w ideę „powerhouse” powszechnie obowiązującą w latach 70′ i 80′ XX w. Podobnie pierwszy flanker klasyka, czyli wodno-świeże Aqua Quorum, które pojawiło się na półkach gdy królowała detergentowa świeżość Cool Water. Czy Quorum Silver również jest dzieckiem swoich czasów?

Już sam rzut oka na zadziwiająca regularność opisaną powyżej pozwala się domyślać, że najnowsze dzieło Puiga, wprowadzone na rynek w 2005 roku Quorum Silver, obierze najpopularniejszą ścieżkę współczesnej męskiej perfumerii czyli przyprawową drzewność. I tak w istocie jest. Otwarcie jest skrzące, czuć przeskakujące po sreberku elektrony nadającego ostrości imbiru i pieprzu. Po chwili w srebrnych iskierkach pojawia się tez złotawa, bardziej błyszcząca i ciepła nuta słodkawej mandarynki. Przyznam, że otwarcie dość mocno przypomina to co czuć na skórze po aplikacji Azzaro Visit. Dalej zapachy jednak, może nie diametralnie, ale rozjeżdżają się. Po chwili pojawia się drugi główny aktor przedstawienia, czyli drewno. Początkowo w wersji wzbogaconej gałką muszkatołową, a więc lekko dymnej, pylisto-węglowej. Zapach niemal idealnie odzwierciedla woń świeżo temperowanego ołówka – świeżutkie drzewne „ogryzki” przeplatają się z ciemniejszą wonią sproszkowanego grafitu (na tym etapie lekkie podobieństwo do Carbone Balmain). Powoli zaczyna się odrywać jego prawdziwie drzewny charakter, bo już do samego końca to drewno cedrowe będzie nadawać zapachowi charakteru. Im bliżej bazy tym staje się ono bardziej słodkawe, jakby zanurzone w oblepiających je sokach. Słodkości nadaje ambra, dzięki czemu pojawiają się akcenty balsamiczne, ale też paczula. Nie klasyczna, czyli lekko cierpka i piwniczna jak w Givenchy Gentleman chociażby, a soczysta, przypominająca nieco ananasowy sok, jak w opisywanym już wcześniej Signature Story od Beckhama. Na tym etapie zapach w pełni zasługuje na miano „srebrnego” – skrzy się i opalizuje na skórze, ale daleko mu do „chromowej” metaliczności. Jubiler nadał bezkształtnej bryle, okrągły, przyjemny kształt. Trwałość jest bardzo dobra – ok. 10 godzin przy umiarkowanej, acz wystarczającej, projekcji.

Mogę z czystym sumieniem polecić Quorum Silver. Na pewno nie tym, którzy szukają zapachów łamiących bariery, otwierających nowe horyzonty, ale z pewnością osobom, które szukają zapachu uniwersalnego, przystępnego, do używania na co dzień, po prostu takiego, który da się polubić. Fakt, że jest nieskomplikowany jest jego atutem – drzewność w cedrowym wydaniu jest cudownie świeża, okrągła, bezpieczna. Może nie jest to najlepszy wybór na romantyczną randkę, ale już do biura jak najbardziej. Gdybym posiadał własną butelkę (a poważnie zastanawiam się nad zakupem) przypuszczam, ze byłby idealnym wyborem gdy nie mam pomysłu co na siebie „wrzucić” – jest elegancki, dość oficjalny, nie męczący, ale ma w sobie swój indywidualny, dość dyskretny urok. Polecam także osobom jeszcze w perfumy nie „wkręconym”, które podchodzą do tematu użytkowo i nie potrzebują 30 flakonów perfum, a jeden jedyny, po którego zużyciu kupią kolejny. Silver nada się prawie na każdą okazję. Jest przy tym zabójczo tani. Brać i nie narzekać 🙂

w dwóch słowach: uniwersalny, nowoczesny cedrowy „all-in-one” 😉

Technikalia:

głowa: lawenda, imbir, kardamon, baergamotka, mandarynka

serce: gałka muszkatołowa, cynamon, czerwony pieprz

baza: paczula, cedr wirginijski, gwajak, ambra

nos: ???

data powstania: 2005

Adolfo Dominguez Vetiver Hombre

Adolfo Dominguez jest hiszpańskim projektantem mody pochodzącym z zielonej Galicii, gdzie w latach 70-ych XX w. objął po ojcu zakład krawiecki. Samo szycie przestało jednak wystarczać młodemu Adolfo, który już kilka lat po przejęciu zakładu otworzył w rodzinnym Ourense pierwszy sklep ze swoimi kreacjami. Postać symbol hiszpańskiej mody – jako pierwszy Hiszpan otworzył własny butik modowy w Madrycie, w końcu jako pierwszy wprowadził na madrycką giełdę akcje spółki z branży „fashion”. Postać ikona. Takiego sukcesu i popularności trudno nie zdyskontować komercyjnie wypuszczając sygnowany swoim imieniem zapach, na którym można się dorobić. Tym bardziej, że popularność kreacji pana Adolfo jest w Hiszpanii ogromna, o czym świadczy liczba sklepów i ich lokalizacja nawet w niewielkich mieścinach. I tak tez się stało w roku 1990. Firma oczywiście zleca produkcję zapachów kosmetycznemu molochowi, rodzimej grupie Puig. Kompozycja o której dziś mowa pochodzi z roku 1998 i jest rozwinięciem koncepcji kolekcji naturalnej, której pierwowzorem był, w tej chwili już klasyk hiszpańskiej szkoły perfumeryjnej – Agua Fresca. Pierwsze męskie perfumy Adolfo Domingueza od czasów premiery wielkiego hitu, jakim niewątpliwe stał się klasyk (do dziś lider na rynku perfum w Hiszpanii), musiały być towarem wyczekiwanym. Tym razem postawiono na autorską interpretację jednego ze sztandarowych składników współczesnych, męskich perfum, czyli wetywerii. Czy spełniły oczekiwania?

Zaczyna się Vetiver zupełnie niewetiwerowo, albowiem cytrusowo-ziołowym akordem przywodzącym nieco na myśli L’eau d’Issey Pour Homme. Podobnie jak tam, mamy cierpką bergamotę przypruszoną ziołowym, lawendowym pyłem. Całość daje wrażenie pylistej, ziemistej, cierpkiej cytryny i taki też charakter zachowuje w pozostałej części projektowania na skórze. Przejawiają się też momentami świeże nuty detergentowe a’la Cool Water, nadające momentami wrażenie sztuczności. W sercu zapach staje się nieco cięższy, bardziej zawiesisty, w końcu, za sprawą jaśminu, duszący nawet. Nadal ani śladu wetiweru. I kiedy spragniony woni trawska czekam na zielone uderzenie, jedyne co dostaję to szybki i smutny finisz. Zapach zaczyna niebywale szybko gasnąć, traci impet, projekcja zmniejsza się zdecydowanie w stosunku do pierwotnej, pylisto-zielonej bryzy. Jakaś wątła smużka świeżo rozciętej cedrowej szczapy i to by było na tyle. Generalnie nie ma wielkich powodów do narzekań, ale i zachwycać nie ma się czym. Ot, dość świetlisty, świeży, zielony zapach. Jedno tylko nie daje spokoju – GDZIE JEST K…A WETIWER? 🙂 I projekcja i trwałość stoją na przeciętnym poziomie, a więc ok. 5 godzin dość wyraźnie wyczuwalne na skórze, a kolejne 2 to już „jazda na oparach” unosząca się kilka centymetrów nad skórą.

Ciekawe, że nazywając pachnidło Vetiver, można z tego składnika zrezygnować. Oczywiście jest tu gdzieś wetiwerowy cień, ale kompletnie nieoczywisty. Owszem, można bazować na założeniu, że zielony, rześki, trawiasty, świeży równa się wetiwerowy, ale nie przesadzajmy. Produkując pachnidło pod nazwą składnika X spodziewam się, że, w mniej lub bardziej oczywisty sposób, ten składnik się w tychże perfumach znajdzie. Mamy więc paradoks, bo znam perfumy bez udziału wetiweru (Mugler Cologne na ten przykład), które, nie zawierając wetiweru w składzie, lepiej oddają woń rzeczonego składnika od zapachu, który już z samego założenia ma go interpretować. Tu jest jedynie blady wetiwerowy cień pojawiający się chyba tylko dzięki imaginacyjnej próbie doszukania się go tam, gdzie tak de facto go nie ma 🙂 To znacznie ogranicza grono potencjalnych nabywców. Wetiwerowi psycho-fani (są tacy, zapraszam na perfuforum 😉 ) nie znajdą tutaj nic dla siebie, a dla osoby postronnej, kupującej perfumy dla samej radości „pachnienia” chyba wszystko jedno, czy nazwiemy perfumy per „Vetiver”, czy też per „Świeżość for Men”. Dla producenta ta druga nazwa byłaby o tyle lepsza, że uczciwsza…

Technikalia:

głowa: lawenda, kwiat pomarańczy, neroli, bergamotka, rabarbar, mandarynka

serce: jaśmin, lilia, goździk

baza: wetiwer, paczula, cedr, ambra, skóra, gleba

nos: ???

data powstania: 1998

Avon Christian Lacroix Absynthe for Him

Po długiej przerwie wracam do cyklu poświęconego pachnidłom od Avon’u. Dotychczas trafiało mi się recenzować tylko tzw. „kapiszony”, ale wśród ich perfumowej konfekcji trafiają się i całkiem niezłe strzały (dla szerszego obrazu odsyłam do mini testu popełnionego przez mnie ładnych kilka miesięcy wcześniej na Perfuforum fqjcior’a). Jednymi z perfum, które przypadły mi do gustu najbardziej, był Absynthe for Him sygnowany przez francuskiego projektanta, który podpisał się również pod pięknym, niestety już wycofanym z produkcji, Tumulte.

Już sam fakt, że postanowiono „poeksperymentować” ze składnikiem i zapachowym tematem absyntu, który rzadko pojawia się nawet u producentów niszowych, każe się nad tymi perfumami głębiej pochylić. Odpowiedzialność za własne słowa i czyny każe mi zacytować samego siebie (za wspomnianym wczesniej Perfuforum):

„Na mojej skórze start jest delikatnie zielony z dodatkiem cytrusów (co to jest nie wiem, ale na pewno nie cytryna czy pomarańcze). Z czasem zapach jest coraz głębszy i bardziej przyprawowo-wetiwerowy (stąd pewnie ta zieleń) – do głosu zaczyna dochodzić cierpka nuta absyntu, która z czasem łączy się z ciepłym i słodkawym ambrowym finiszem i dziwną ale intrygującą nutą, roboczo nazwijmy ją – „skarmelizowane żywice”. Zapach jest raczej wytrawny chociaż ambra z czasem dosładza i ociepla kompozycję.”

To co po blisko roku czuję, nie rózni się z grubsza od tego, co napisałem „kiedyś”. Przypominam, że to perfumy od Avon’u, które mają się spodobać jak największej liczbie potencjalnych nabywców, a nie kompozycja, która ma kogokolwiek skonsternować. I taki mniej więcej jest Absynthe od Lacroix. Jest raczej ciepły niż ostry, wytrawny w delikatny sposób – żadnych dzikich fikołków i ekstremów. Piołun najbardziej czuć w sercu zapachu, ale w żadnym momencie nie jest na pierwszym planie. Najpierw zagłuszają go zielone cytrusy, a ambrowa baza nadaje mu ciepła i nie pozwala rozwinąć skrzydeł mocnej goryczce. Trzeba oddać, że docierająca do nozdrzy woń jest szalenie złożona – czuć bogactwo wzajemnie przenikających się nut, na szczęście bez popadania w kakofonię zapachów. Kompozycyjnie bliżej mu więc do lat osiemdziesiątych XX w. niż do, często bardzo monotematycznej, perfumowej współczesności. Tak więc są i akcenty żywiczne, i jakiś delikatny, zielony podszept wetiweru, lepki owocowy syrop oraz cienka smużka dymu. No i gdzieś tam, pośród całej misternej obudowy, jest i absynt. Jest i nadaje kompozycji szlachetności.

Kolejna niespodzianka to trwałość. Wytwory Avon’u przyzwyczaiły, w przeważającej ilości przypadków, do poziomu znanego ze spray’ów marki Brise. W tym przypadku jest o niebo lepiej – przez pierwsze 7 godzin są dobrze wyczuwalne, by w ciągu ostatnich dwóch stopniowo wygasać utrzymując się już bardzo blisko skóry. 9 godzin to nie wynik na miarę Kourosa, ale w porównaniu do 1,5 godzinowego żywota np. Essence, nastraja pozytywnie. Zapach bardzo dobrze sprawdza się przy ujemnych temperaturach – jest jednocześnie cierpki, ale i słodki. Ta ambrowa słodycz, a raczej ciepło jakie od niej bije sprawia, że na lato czy wiosnę może być przyciężki. Moja poczatkowa opinia skłaniała się do zdania, że to zapach jednoznacznie męski, ale po głębszym namyśle uważam, że odważne Panie mogą śmiało próbować. No i na koniec jeszcze jeden cytat z Perfuforumowego domurst’a 🙂 :

„Dla mnie zapach genialny, który spokojnie mógłby się znaleźć w portfolio perfum znanych projektantów. (…) Nie waham się użyć tego słowa – ARCYDZIEŁO”

Dziś, czyli kilka miesięcy i sto „przewąchanych” kompozycji później, muszę przyznać, że jest w tych słowach sporo przesady, ale nie aż tak znowu wiele by się kajać, bić w pierś i „odszczekiwać”. Avon’owski absynt to naprawdę uczciwy zapach, który nie musi się wstydzić konfrontacji z wieloma droższymi, wyżej pozycjonowanymi kompozycjami z perfumerii sieciowych. Lacroix robi dla absyntu to, co robi Malizia Uomo dla promocji wetywerii – podaje ingrediencję trudną, „niejadalną” dla przeciętnego użytkownika, w sposób przyswajalny i bardzo przyjemny. Nie oczekujcie więc po Absynthe niszowego ekstremum, czyli absyntu podanego na czczo nieświeżemu „poecie” w zadymionej XIXw. paryskiej kawiarni, ale raczej absyntowego drinka „z palemką”. Na tle współczesnego, najczęściej nijakiego mainstreamu, to naprawdę dobry zapach. W tej kategorii cenowej trudno mi wyobrazić sobie coś lepszego.

w dwóch słowach: zaskakująco dobra, delikatna wariacja na temat absyntu;

Technikalia:

głowa: bazylia, czarny pieprz, petitgrain, limonka

serce: figa, paczula, kardamon, irys, mirt

baza: wetiwer, ambra, jęczmień, piołun, labdanum

nos: ???

data powstania: 2009

Jacques Bogart Pour Homme

Dziś będzie trochę o „niszowym mainstreamie”, którego próżno szukać na półkach sieciowych perfumerii. Ta mało znana firma została stworzona przez Jacques’a Konckier w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Mimo, że sygnowane marką perfumy nie są hitem sprzedaży, to pod egidą Bogarta stworzono małe zapachowe imperium w skład którego wchodzą m. in. Carven, Ted Lapidus czy Bugatti. To, oraz atrakcyjne ceny zapachów, skusiło mnie do wysępienia próbki od jednego z użytkowników Perfuforum (przepraszam, ale nie pamiętam, kto był tak miły – w każdym razie serdeczne dzięki!). PH, wedle opisów, miało być bliskim kuzynem, może nie ulubionego, ale sympatycznego Burberry London. A jak jest w rzeczywistości domurst’owskiej skóry? 🙂

Otóż z całą odpowiedzialnością stwierdzam – nie wyczuwam prawie żadnego powinowactwa z zapachem Burberry. Zapachowi zdecydowanie brakuje „płynności” i wrażenia „pijalności” londyńczyka. Ale przejdźmy do konkretów. Otwarcie Bogarta przywodzi nieco na myśl kwiatową partię odgrywaną przez serce Versace Dreamer. Nie czuję tu ani cytrusów, ani lawendy, ale mocno plastikowe biały kwiaty podlane waniliowym sosem. Od razu wiadomo, że potrzebny jest zdecydowany umiar w aplikacji. Na własnej skórze odczułem, że nadmiar chmurek daje w tej początkowej fazie efekt rozpylenia całej puszki taniego lakieru do włosów w pomieszczeniu 1,5m x 1,5m. Wierci w nosie i, dosłownie, zapiera dech. Na szczęście późniejsze aplikacje w odpowiednio mniejszej ilości nie wypadały już tak ostro i nieprzyjemnie, aczkolwiek efekt sztuczności, plastikowej syntetyczności i chemicznego wyziewu w otwarciu zapachu, jest niezaprzeczalny. Niestety zapach wykonano z marnej jakości, tanich, chemicznych składników, co czuć już do samego końca jego długiego życia na skórze. Jak tylko zostają zdjęte plastikowe elementy scenografii, na afisz wychodzi gwóźdź programu – wanilia ze słodką tonką, która zresztą często traktuje się jako tani substytut wanilii. Zapach jest przeraźliwie, wprost skrzecząco słodki. I tu jedyny akcent mogący przywoływać skojarzenie z Burberry – rzeczone połączenie dwóch składników daje delikatnie wiśniowy akord znany z London. Tam jednak jest on zdecydowanie wyeksponowany, bardziej syropowy, płynny, kremowy. Tu niestety wiśnia zasypana jest kilogramem cukru. Waniliowego oczywiście. Całość szybko staje się raczej słodka niż wiśniowa, a jeśli dodać do tego, że z zapachem nie dzieje się dosłownie nic – żadnych ruchów, żadnych zmian przez dłuuuugie godziny to całość zamienia się w nieznośnie słodkie, ulepkowe monstrum, choć cały czas w zdecydowanie męskim charakterze. Sam zapach jest diabelnie mocny i trwały, ale biorąc pod uwagę słodki tonkowo-waniliowy, niezmienny akord, nie jest to zaleta, a wręcz przeciwnie. Dość powiedzieć, że pierwszy testowy „pstryczek” na nadgarstek wykonany około godz. 21 przetrwał i prysznic i sen. Za to poranna aplikacja globalna w postaci 3-4 chmur wystarczy nie tylko „na szychtę” ale i na wieczór. Co z tego jednak, skoro przez bite 10 godzin człowiek czeka, aż ten koszmar się skończy…

Nawet gdybym chciał ten zapach polecać, miałbym z tym niemały kłopot. Po pierwsze – zapachów dla mężczyzn w podobnym klimacie, tzn. waniliowych słodziaków są setki. No i niestety, niewiele z nich jest gorszych od Bogarta. Secundo – zdecydowana większość waniliowców jakie znam jest wykonana z lepszej jakości, mniej syntetycznych składników, które w Bogarcie uderzają od samego początku. Fakt, zapach jest niedrogi, ale tym razem taniość czuć na kilometr. Tertio – tak zdecydowanie mocne i słodkie ingrediencje jak bób tonka i wanilia wymagają umiaru w stosowaniu, a tutaj nawet przy minimalnej aplikacji ciężko uniknąć efektu ciężkości i przedawkowania. Mimo że, przyznaję to otwarcie, nie jestem fanem grupy zapachowej, którą reprezentuje Bogart, to nawet wśród swoich perfumowych braci i sióstr, sporo mu brakuje nawet do bycia przeciętnym. Ja jestem na nie.

Technikalia:

głowa: lawenda, bergamota, lilia wodna

serce: męskie nuty kwiatowe

baza: przyprawy, paczula, bób tonka, wanilia,

nos: Maurice Roucel i Norbert Bijaoui

data powstania: 2004

Geoffrey Beene Bowling Green

Karmą jednego z najbardziej popularnych perfumowych schematów jest przymus używania zapachów ciężkich, orientalnych, zimą. Ja staram się jednak zbaczać z prostych, odgarniętych, równiutkich jak niemiecki asfalt ścieżek. Jednym z zapachów, który nadaje się do tego znakomicie jest drugi w kolejności powstania zapach firmowany przez Pana Geoffreya Beene’a. 10 lat po ostrym jak brzytwa, zielono-fiołkowym Grey Flannel, GB wypuścił na rynek kolejne męskie perfumy. To jak pachną pewnie było w roku 1986 sporym zaskoczeniem, bo w końcu schyłek lat osiemdziesiątych to czas gdy triumfy święciły „bomby” w rodzaju Drakkar Noir czy Bijan for Men, tymczasem GB serwuje nam ciecz o słomkowym kolorze, która nie przywołuje żadnych skojarzeń z machismo, wikingami, nie posiada w nazwie „pour Homme” czy ostrzejszego „for Men” i, o zgrozo, jest nazwana jak trawnik do starożytnej, raczej elitarnej gry (klik)! Coż z tego wyszło?

Bowling Green stara się eksploatować temat przewodni z Eau Sauvage, męskiego klasyka Diora, czyli cytrusy. Popularne wcześniej dzięki klasycznym „kolończykom” nuty zostały w latach 70. i 80. XX wieku może nie tyle zapomniane, co zagrzebane pod tonami lawendy i mchu dębowego. Próba wysunięcia ich na pierwszy plan musiała być więc projektem bardzo odważnym. Tym bardziej, że cytrusy z otwarcia mają efekt wręcz przytłaczający. Nie są to w żadnym razie cytrusy znane z późniejszego wysypu wodnych i ozonowych kopii Acqua di Gio, czyli rozmemłanych w słonej wodzie i kompocie z ananasów i innych „piczy”. Mamy tu przepiękną naturalną cytrynę i to nie w rozwodnionej i słodkawej formie soczku. Choć kwaśnego, to jednak  „cienkusza”. To czyste, skoncentrowane cytrynowe olejki i esencje. To ścierana nad miską ciasta cytrynowa skórka, która przy każdym pociągnięciu tarki wyrzuca w kuchenną przestrzeń chmurkę oleistej substancji. I myliłby się ten, kto autorytarnie stwierdzi – „to potrwa tylko chwilę, do gry muszą wejść cięższe akordy”.  I wchodzą, oczywiście, tyle że są również cytrusowe! Nie są co prawda ujęte tak ostro jak początkowe, ale również zdecydowanie przywołują na myśl cytrusy. Najprawdopodobniej to kwestia użytej tu werbeny. Z czasem świeży chlust nieco się ociepla – z tła zaczynają się wychylać akcenty przyprawowo-korzenne. Są tu więc bardzo wyraźne goździki, który wespół z werbeną stanowią o sercu kompozycji oraz delikatnie pylisty akcent korzennych przypraw, wciąż jednak zalany cytrynową esencją do ciast. Zapach w każdym razie nie jest już tak jednoznaczny jak na początku i bardzo daleko mu do „cytrusowego świeżaka”. Tym bardziej, że na scenę tarabani się nieodzowne dla męskiej perfumerii trio bazy czyli, mniej więcej w przedstawionej kolejności, drzewna ambra, mech dębowy i drewienko. Ten subtelny finisz kończy żywot zapachu na skórze po ok. 6-7h od aplikacji przy zadowalającej projekcji nie zmieniającej się drastycznie z czasem. Nie najgorzej, ale i bez rewelacji.

Podoba mi się w tym zapachu fakt, że stara się łamać konwencje. Niby cytrusowy, ale nie do końca. Skoro cytrusowy, to lekki i rześki, ale też nie do końca. Zasługą przypraw w sercu jest fakt, że nie przybiera na skórze metalicznych odcieni. Ta pozorna eteryczność otwarcia może mylić, bo to naprawdę nie jest lekka, wodna cytrynka na 30-stopniowe upały. Muszę przyznać, że goździki są dla mnie równie wyraźne i charakterystyczne dla BG co ostra cytryna z otwarcia. Lubię go zimą, a w szczególności w okresie świątecznym – woń szczególnie zgrywa mi się z obrazem pomarańczy nakłutej w dużej ilości goździkowymi „banankami”. Cytrusowe perfumy na zimę? Czemu nie! Komu można polecić Bowling Green? Warunek podstawowy – nie można bać się cytrusów w perfumach 🙂 Jeśli ich nie znosicie, nie ma najmniejszej szansy, że się polubicie. Tak jak osobie, która mdleje w kościele nie podsuwamy pod nos ciężkich kadzidlaków, tak Ci, na których cytrusy „nie grają”, nie powinni liczyć, że kompozycja tak zdominowana przez cytrynę i werbenę ujawni inne oblicze. Myślę, że osoby, które znają i lubią Eau Sauvage na pewno znajdą coś dla siebie w Bowling Green. Przyznam się, że z powyższej dwójki to właśnie ten, któremu poświęcona jest powyższa recenzja trafia do mnie bardziej.

w dwóch słowach: cytrynowa bomba doprawiona goździkami; cytrusowy zapach na zimę

Technikalia:

głowa: pomarańcza, papryczka Pimento, jałowiec, nuty owocowe, goździki, bazylia, wetiwer, bergamotka, cytryna

serce: gałka muszkatałowa, bylica, cynamon, lawenda, jaśmin, werbena cytrynowa, mech dębowy, szałwia, sosna, kardamon

baza: rozmaryn, kolendra, drewno sandałowe, jodła, ambra, paczula, mech dębu, drewno różane, geranium

nos: ???

data powstania: 1986

Avon Aromadisiac for Him

Dziś będzie krócej i bardziej dosadnie, bo i rozwodzić się nie bardzo jest o czym… Przedstawiam kolejny odcinek cyklu „AVON po męsku” – tym razem Aromadisiac.

Jak w poprzednio recenzowanych Avon’ach tak i w Aromadisiac’u mamy nutę przewodnią wokół której przewija się cała resztą „wypełniaczy”. Tu dominantą jest tona fig doprawiona odrobiną przypraw i paczuli. Napaliłem się szczerze mówiąc na ten zapach z powodu akordu skórzanego i reklamowego, jak się okazało, pustosłowia, mówiącego o „skórzanym zapachu dla mężczyzn”. Skóry tu jednak nie ma, najprawdopodobniej nie było i nigdy nie będzie. Dla mnie ten zapach to takie „owocowe Code”. W swoim ogólnym charakterze dość mocno skojarzył mi się właśnie z otwarciem Armaniego – jest tak samo linearnie, syntetycznie. Tam jednak nuty drzewne nadają finiszowi jakiegoś ciepła i odrobiny klasy, a tu mamy zapaszek właściwie niezmieniający się z upływem czasu. Tak więc po raz kolejny w przypadku Avon’u nie ma tu nic odstręczającego, powodującego niechciane odruchy – dla mało wyrobionego nosa i osoby, która chce „tylko” ładnie pachnieć wszystko jest ok. Ale nam przecież nie chodzi tylko o to, żeby ładnie pachnieć – do tego nada się każda „deokulka” – a żeby pachnieć i ładnie, i oryginalnie, i intrygująco i …. (tu wstaw właściwe). Ten zapach jest totalnym zaprzeczeniem każdego z tych wyrazów – nudny, płytki, o miernej projekcji i trwałości (3h)… Te kilka zdań powyżej to i tak sporo za dużo na temat czegoś tak niewyrazistego. Właściwie to mogłem sobie darować pisanie, a tylko skopiować recenzję U by Ungaro i zastąpić słowo „granat” słowem „figa”…

w dwóch słowach: tak zwyczajny, że aż prostacki…

Technikalia:

nuty: figa, paczula, kolendra, skóra (hahaha)

nos: ???

data powstania: 2010