Alfred Sung Homme

Alfred Sung to Kanadyjczyk chińskiego pochodzenia, który specjalizuje się w projektowaniu sukien ślubnych. Nic więc dziwnego, że szala wagi produkowanych na licencji perfum sygnowanych tą marką zdecydowanie przechyla się na damską stronę. Jak jednak wyczytać można na specjalistyczych stronach, dom mody Sung prowadzi agresywną kampanię licencjonowania produktów. Zaczynaliśmy więc od sukni ślubnych, a mamy na chwilę obecną nie tylko męskie perfumy ale i ciuchy czy produkty spod znaku Sung Homme, czyli artykuły wyposażenia wnętrz… No cóż, każdemu wolno chcieć zarabiać 🙂 Mimo całej swej zachłanności perfumy dla mężczyzn wychodzące spod szyldu Sung nie pojawiają się zbyt czesto. Pierwszymi z nich były omawiane dzisiaj Homme. Na blogach, forach itp. w naszych szerokościach geograficznych nieodmiennie przywołują skojarzenia z tzw. „dyktą”, za to na obcojęzycznych forach wymiany perfumowej myśli mówi się o świetnym powerhousie, nieodżałowanym dziecku swoich czasów (lata 80-te). Dzięki koledze FourOfKind (pozdro brachu!) miałem okazje zrewidować „fakty i mity” na temat tego, umówmy się, niszowego w polskich warunkach pachnidła.

Często ten zapach porównywany jest w opisach do Quorum od Antonio Puiga i wąchając otwarcie potwierdzam – zaiste prawda 🙂 Podczas jednak, gdy w Quorum podobne rzeczy wyrabiają się w sercu zapachu, gdy do nieokiełznanej zieloności dołączają się igły, tak w Sungu jest to domena otwarcia. Mamy więc sosnowo-jodłowe, iglaste otwarcie, ale podkręcone od samego startu nieco syntetyczną nutą aldehydową, która podciąga zapach na metry od skóry. Od początku czuć, że „moc jest z nami”. Tu skojarzenie z denaturatem jak najbardziej prawidłowe, faktycznie czuć w zapachu mocny fiolet – bardzo trafnie określił to na perfuforum RayFlash – sok z ciemnych winogron. Dzięki aldehydom czuć właśnie rozwodnienie zapachu – tak spokojnie mógłby pachnieć Quorum Light. Im dalej, tym skojarzenia z Quorum przestają być aktualne, w sercu albowiem zapach nabiera kwiatowego charakteru. Kwiaty są tu podane w wydaniu ziołowym, kojarzącym się delikatnie z Oscarem de la Renta Pour Lui, wciąż jednak przeszkadza mi ewidentnie syntetyczna aldehydowa nuta, do której dołączać zaczyna nuta mydlanego piżma z bazy. W połączeniu z ziołowym charakterkiem wspomnianych wyżej kwiatków woń przywodzi mi nieco na myśl zalaną płynem do naczyń popielniczkę. Zapach od tego momentu, tj. ok. 1,5 godziny po aplikacji zaczyna mnie męczyć swoją aldehydowo-mydlano-popielisto-leśną mieszanką. A trwałość i projekcję ma Sung znakomitą, na poziomie największych mocarzy – trzeba go z siebie zmywać 😉

Podsumuję krótko – świetne otwarcie, niezłe serce i koszmarna, ciągnąca się w nieskończoność mydlano-piżmowa baza. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły zapach, wręcz przeciwnie. Mnie jednak mieszanka piżmo + aldehydy zdecydowanie odrzuca. Po dwóch godzinach od aplikacji od intensywności nut zaczyna boleć mnie głowa, a zapach jeszcze nie zdążył się „rozpędzić”. Nie chodzi tu o jakość składników, ale o nadmierność użycia nut piżmowych i aldehydów, przez które mam ciągłe wrażenie sztucznego „podkręcenia” zapachu. Tak jakby świetną herbatę posłodzić słodzikiem z aspartamu – cały smak zabito po drodze sztuczną, obcą naturze nutą. Gdyby całość pachniała jak otwarcie i serce, byłby to jeden z moich prywatnych hitów, a tak, nie mogę go używać. Nie wykluczam jednak, że fanom klimatów „powerhouse” bardzo się spodoba. Warto też dodać, ze jak na zapach klasyczny i typowo samczy jest dość lekki. Wiem, że odcina się to dysonansem od słów parę linijek wyżej, ale tak w istocie jest – to świeżak w stylu powerhouse. No i do tego jest diabelnie tani…

w dwóch słowach: świeżak z minionej perfumiarskiej epoki, dla fanów nut aldehydowych.

Technikalia:

głowa: kminek, jałowiec, pieprz, bylica, szałwia, bazylia, bergamotka, cytryna, galbanum, ziele angielskie, petit grain

serce: aldehydy, goździk, jaśmin, kminek, róża, igły sosnowe, przyprawy, geranium

baza: skóra, drewno sandałowe, żywica sosnowa, paczula, piżmo, mech dębowy, wetiwer, cedr

nos: ???

data powstania: 1989

Reklamy

Jacques Bogart Pour Homme

Dziś będzie trochę o „niszowym mainstreamie”, którego próżno szukać na półkach sieciowych perfumerii. Ta mało znana firma została stworzona przez Jacques’a Konckier w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Mimo, że sygnowane marką perfumy nie są hitem sprzedaży, to pod egidą Bogarta stworzono małe zapachowe imperium w skład którego wchodzą m. in. Carven, Ted Lapidus czy Bugatti. To, oraz atrakcyjne ceny zapachów, skusiło mnie do wysępienia próbki od jednego z użytkowników Perfuforum (przepraszam, ale nie pamiętam, kto był tak miły – w każdym razie serdeczne dzięki!). PH, wedle opisów, miało być bliskim kuzynem, może nie ulubionego, ale sympatycznego Burberry London. A jak jest w rzeczywistości domurst’owskiej skóry? 🙂

Otóż z całą odpowiedzialnością stwierdzam – nie wyczuwam prawie żadnego powinowactwa z zapachem Burberry. Zapachowi zdecydowanie brakuje „płynności” i wrażenia „pijalności” londyńczyka. Ale przejdźmy do konkretów. Otwarcie Bogarta przywodzi nieco na myśl kwiatową partię odgrywaną przez serce Versace Dreamer. Nie czuję tu ani cytrusów, ani lawendy, ale mocno plastikowe biały kwiaty podlane waniliowym sosem. Od razu wiadomo, że potrzebny jest zdecydowany umiar w aplikacji. Na własnej skórze odczułem, że nadmiar chmurek daje w tej początkowej fazie efekt rozpylenia całej puszki taniego lakieru do włosów w pomieszczeniu 1,5m x 1,5m. Wierci w nosie i, dosłownie, zapiera dech. Na szczęście późniejsze aplikacje w odpowiednio mniejszej ilości nie wypadały już tak ostro i nieprzyjemnie, aczkolwiek efekt sztuczności, plastikowej syntetyczności i chemicznego wyziewu w otwarciu zapachu, jest niezaprzeczalny. Niestety zapach wykonano z marnej jakości, tanich, chemicznych składników, co czuć już do samego końca jego długiego życia na skórze. Jak tylko zostają zdjęte plastikowe elementy scenografii, na afisz wychodzi gwóźdź programu – wanilia ze słodką tonką, która zresztą często traktuje się jako tani substytut wanilii. Zapach jest przeraźliwie, wprost skrzecząco słodki. I tu jedyny akcent mogący przywoływać skojarzenie z Burberry – rzeczone połączenie dwóch składników daje delikatnie wiśniowy akord znany z London. Tam jednak jest on zdecydowanie wyeksponowany, bardziej syropowy, płynny, kremowy. Tu niestety wiśnia zasypana jest kilogramem cukru. Waniliowego oczywiście. Całość szybko staje się raczej słodka niż wiśniowa, a jeśli dodać do tego, że z zapachem nie dzieje się dosłownie nic – żadnych ruchów, żadnych zmian przez dłuuuugie godziny to całość zamienia się w nieznośnie słodkie, ulepkowe monstrum, choć cały czas w zdecydowanie męskim charakterze. Sam zapach jest diabelnie mocny i trwały, ale biorąc pod uwagę słodki tonkowo-waniliowy, niezmienny akord, nie jest to zaleta, a wręcz przeciwnie. Dość powiedzieć, że pierwszy testowy „pstryczek” na nadgarstek wykonany około godz. 21 przetrwał i prysznic i sen. Za to poranna aplikacja globalna w postaci 3-4 chmur wystarczy nie tylko „na szychtę” ale i na wieczór. Co z tego jednak, skoro przez bite 10 godzin człowiek czeka, aż ten koszmar się skończy…

Nawet gdybym chciał ten zapach polecać, miałbym z tym niemały kłopot. Po pierwsze – zapachów dla mężczyzn w podobnym klimacie, tzn. waniliowych słodziaków są setki. No i niestety, niewiele z nich jest gorszych od Bogarta. Secundo – zdecydowana większość waniliowców jakie znam jest wykonana z lepszej jakości, mniej syntetycznych składników, które w Bogarcie uderzają od samego początku. Fakt, zapach jest niedrogi, ale tym razem taniość czuć na kilometr. Tertio – tak zdecydowanie mocne i słodkie ingrediencje jak bób tonka i wanilia wymagają umiaru w stosowaniu, a tutaj nawet przy minimalnej aplikacji ciężko uniknąć efektu ciężkości i przedawkowania. Mimo że, przyznaję to otwarcie, nie jestem fanem grupy zapachowej, którą reprezentuje Bogart, to nawet wśród swoich perfumowych braci i sióstr, sporo mu brakuje nawet do bycia przeciętnym. Ja jestem na nie.

Technikalia:

głowa: lawenda, bergamota, lilia wodna

serce: męskie nuty kwiatowe

baza: przyprawy, paczula, bób tonka, wanilia,

nos: Maurice Roucel i Norbert Bijaoui

data powstania: 2004

Antonio Puig Quorum

Sympatycznie zachęcony przez wiedźmę z podgórza (dzięki za przysłowiowego „kopa w tyłek” 🙂 ), autorkę fantastycznego pachnącego bloga „Pracownia alchemiczna”, postanowiłem wreszcie zmierzyć się z zapachami oldschoolowymi, których rozebranie na czynniki pierwsze i zawarcie w opisie jest tyleż trudne, co karkołomne. Niemniej jednak musiało do tego w końcu dojść, tym bardziej, że lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte w perfumeryjnym światku, to, przynajmniej w mojej opinii, najlepszy okres dla męskich perfum – czas, kiedy perfumy męskie, były naprawdę męskie. Jednym z klasycznych przedstawicieli gatunku jest z pewnością „Quorum” zdobywca nagrody FIFI w 1982 roku – w czasach, gdy nagroda ta była czymś więcej niż corocznie wydawanym folderem reklamowym…

Warto wspomnieć o samej marce Puig, którą Pan Antonio, rodowity barcelończyk, założył w swym rodzinnym mieście już w 1912 roku – od samego początku z myślą o produkcji kosmetyków i perfum. Do dziś jest to firma w 100% rodzinna – jej założyciel przekazał w roku 1940 poszczególne jej części czwórce swoich dzieci, których potomkowie do dziś zarządzają odpowiednimi departamentami. W materiałach prasowych firma określa się jako „brand builder”, której głównym celem jest „przełożenie wizerunku firm świata mody na świat perfum”. Motto nie jest tylko pustym sloganem, ponieważ firma konsekwentnie, oprócz marek własnych, które stanowią niewielki ułamek jej działalności, podpisuje umowy na produkcję perfum dla domów mody z całego świata. Pod swoimi skrzydłami ma Puig szeroki segment rynku perfumeryjnego – są i marki zaliczane do sektora „premium” (Prada, „niszowe” Comme des Garcons, Valentino), brand’y modowe z sektora „prestige” (Carolina Herrera, Nina Ricci, Paco Rabanne), ale także szeroko pojęty massmarket (designerskie Adolfo Dominguez, Mango czy Zara oraz celebryckie Antonio Banderas, Shakira). Jak widać nie jest to zapomniana przez Boga, mała rodzinna firemka, znana tylko na półwyspie iberyjskim, ale wielka perfumeryjna korporacja, która wykroiła dla siebie spory kawałek (w 2010 r. ponad 7%) globalnego „tortu” branży perfumeryjnej. Quorum było prawdziwym hitem marki w latach osiemdziesiątych, ale czas mijał, wzorem męskości przestał być John Wayne, a stali się nim Prince i Olivier Janiak… Mężczyźni przestali używać męskich perfum przerzucając się na A*Mena i zapachy inspirowane cukiernią. W tym czasie Quorum stopniowo przenoszono na coraz niższe perfumeryjne półki, by w tej chwili zbliżyły się ceną do Nike’ów, Adidasów i innych Str8-ów… Czy warto męczyć nadwątlone wczesnym stadium reumatyzmu plecy, pochylając się aż tak nisko?

Już od pierwszej aplikacji „Kworum” czuć, że to męska bestia. Otwarcie jest jednoznaczne i bezpośrednie – od samego początku oddaje perfumeryjny klimat lat 80. poprzedniego stulecia – jest zdecydowany i prostolinijny. Niesie ze sobą bardzo przyjemne, ale i jednoznaczne skojarzenia. Otóż nutą dominującą jest tu zdecydowanie bylica zmiksowana z kminkiem. Pewnie większość z Was ma z dzieciństwa wspomnienia zabaw na zielonych, porośniętych krzaczorami i chwastami łąkach, na których bawiliście się w chowanego czy w indian. I tak właśnie pachnie Quorum w otwarciu – jak nadrzeczna, porośnięta wysokim chwastem łąka, z niemal niezauważalnie wydeptaną ścieżką. Pamiętacie te wyprawy wąską ścieżynką, kiedy odchylone przez współtowarzyszy wyprawy ciężkie, zielone łodygi chlastały idącego z tyłu kolegę po twarzy? To właśnie to! Połamane łodygi chwastów, ociekające zielonym, a do tego delikatnie słodkim, miodowym sokiem. To wszystko tutaj czuć! Soczysta zieleń z  nutką miodową, przechylającą się raczej w pyłkową, propolisową stronę miodowości. Po tym bezkompromisowym otwarciu jestem w stanie zrozumieć, dlaczego wiele osób polega tak szybko w starciu z tym Puig’iem – to nie jest nowoczesność, to nie jest sztuczność, to nie jest jednostajność i minimalizm…

To co najlepsze wciąż jednak przed nami – nasza ścieżka doprowadza nas w końcu do lasu. W odróżnienie od łąki, na której wiatr od rzeki dawał odrobinę orzeźwienia, powietrze i zapach stają się jednostajne i zawieszone. Uderza w nozdrza wilgoć parującej ściółki i woń igieł dochodząca z leśnego poszycia kilkanaście metrów nad głowami. To zdecydowanie las mieszany, ale zdominowany przez niedosiężne sosny. Czuć jeszcze zew liściastej zieleni z łąki i z nieśmiałych kępek młodych dębów, które próbują, bezskutecznie, oderwać się ponad paprocie i dorównać sosnom. To wszystko w dusznej atmosferze parującej ściółki i mchu, bez choćby cienia przeciągu – nagrzany, bezwietrzny las. Te wonie otwierają kolejną szufladkę w mojej pamięci – wczesnojesienne wyprawy z rodzicami na grzyby w Borach Dolnośląskich – ogromnym kompleksie leśnym poprzecinanym nielicznymi, piaszczystymi drogami.

Po obcowaniu z naturą i długich wędrówkach każdemu należy się jednak odrobina odpoczynku. Wizja odpoczynku wg Puig’a jest równie mocno zarysowana, jak wizja letniej łąki i wczesnojesiennego lasu. Ta wizja, to miękki, skórzany fotel i fajka w dłoni. W „Quorum” nawet fajka nie może być tylko „zwyczajną” fajką. To przepalona, pewnie będąca w rodzinie od pokoleń, fajka z ciemnego drzewa, nabijana od lat różnymi odmianami mahorki. Fotel też nie jest nowy – skóra jest już „wysiedziana”, pełna otarć i zmarszczek, a jednak „szlachetnie podstarzała”. I takie tez jest „Quorum” – „przestarzałe”, ale w szlachetnym stylu. Dla wielu pewnie na dziś dzień nienoszalne, ja jednak robię to z przyjemnością. Perfumy może nie są super trwałe – trzymają ok. 10h, co samo w sobie jest wynikiem znakomitym, ale są w tej kategorii zapachy, które trzymają znacznie dłużej. Z aplikacją trzeba już jednak mocno uważać, bo projekcja rzuca na kolana – wszystko powyżej 3-4 oszczędnych „chmurek” (atomizer rozpyla kosmiczne ilości) może okazać się sporym „faux pas”. Na usta ciśnie się tylko pytanie – skoro taką moc ma wersja po, podobno udanej, reformulacji, to jak hardcore’owy musiał być oryginał?

Podsumowując, niesamowity to zapach… Zupełnie „niedzisiejszy”, a jednak, moim zdaniem, zupełnie noszalny, zwłaszcza jesienną i zimową porą. Odstraszać może faktycznie jego zielona bezkompromisowość, ale wśród osób chcących pachnieć czymkolwiek innym niż TOP10 Douglasa, to raczej zaleta. To na pewno jedna z tych woni, która „odróżnia mężczyzn od chłopców”. Swego czasu na forum „wysmarowałem” post tej treści: Zwykło się mówić, że kobiety perfumują się dla siebie, natomiast mężczyźni robią to po to, by przyciągnąć do siebie kobietę. Ja się od tego odcinam, bo tą jedyną już poznałem i nie potrzebuję nikogo przyciągnąć – kobieta ma czuć przed mężczyzną RESPEKT – i do tego ten zapach nadaje się idealnie. Jeśli miałbym go scharakteryzować jednym zdaniem to na usta ciśnie się „profesjonalizm i perfekcja”. Nie zakładaj go do klubu czy na randkę – używaj jeśli chcesz podkreślić, że wiesz czego chcesz i potrafisz to zrobić. Parę miesięcy później mogę się z całą odpowiedzialnością podpisać pod powyższym.

w dwóch słowach: jednoznacznie męskie wydanie perfumowej „zieleni”, w starym, dobrym stylu

Technikalia:

głowa: bergamotka, bylica, grejpfrut, cytryna, kmin

serce: paczula, sosna, jaśmin, drewno sandałowe, cyklamen, goździk

baza: skóra, tytoń, mech, ambra, olibanum

nos: Sebastian Gomez

data powstania: 1982

Geoffrey Beene Grey Flannel

Rozpocznijmy od postaci Pana Geoffrey’a Beene bo to postać nietuzinkowa. Stał się jednym z najsławniejszych amerykańskich projektantów i to pomimo środowiska w jakim się wychował (konserwatywna Luizjana) oraz określonych oczekiwań ze strony rodziny – rodu lekarzy. To właśnie na studiach medycznych Beene rozpoczął projektowanie – sam przyznawał się, że rysunki damskich sukni szkicował podczas nudnych wykładów. W wieku 20 lat przeniósł się do nowego Jorku, gdzie rozpoczął od pracy dla różnych projektantów, by w końcu samemu stać się gwiazdą świata mody i firmować swoim nazwiskiem kreacje w które ubierały się m. in. żony i córki amerykańskich prezydentów. Oryginalność w jego przypadku polegała przede wszystkim na projektowaniu pod „average Joe’s” – nigdy nie próbował „podlizać się” branży, szczerze nienawidził pokazów „na wybiegu” – w latach 90.-ych zastąpił modelki tancerkami, a wraz z nowym millenium całkowicie odszedł od „catwalk shows”. Dom mody Geoffrey Beene nigdy nie doczekał się tytułu finansowego potentata, nigdy nie szafował nazwą i nie dorobił się niewyobrażalnego bogactwa. Co ciekawe jedną z niewielu licencji jakiej firma udzieliła, była właśnie ta na wyroby perfumeryjne. I to właśnie tytułowy bohater dzisiejszego posta jest, i przez długie lata był, głównym źródłem dochodu firmy. I tu kolejna ciekawostka – po śmierci Pana Beene’a w 2004 roku cały (tak, tak – 100%!!!) zysk netto firmy jest przekazywany na działalność charytatywną – badania nad rozwojem leków mających przeciwdziałać rakowi i chorobie Alzheimera, programy edukacyjne, stypendia, akcje przeciwdziałania przemocy domowej. W ten sposób dom mody stał się, de facto, organizacją charytatywną i kupując np. perfumy Grey Flannel możemy być pewni, że nie napychamy kieszeni żądnym szmalu, kasy, oraz jeszcze większego szmalu i jeszcze większej kasy, prezesom mającym więcej wspólnego z agencją reklamową niż prawdziwą modą.

Same perfumy, bo w końcu o nich tu mowa, stały się absolutnym hitem sprzedaży w latach 70. i takimi zostały po dziś dzień. Tak najprawdopodobniej pachniała większość zachodniej hemisfery przed erą „mocarzy” lat 80.-ych i wodniaków lat 90.-ych. U nas zapach wciąż pozostaje mocno niszowy (ha, ha, ha) – pewnie dlatego, że w czasie kiedy był mega popularny, u nas triumfy święciły Wars, Brutal i Przemysławka. Sam zapach rozpoczyna się wytrawnym zielonym, szorstkim, wręcz ostrym akordem gorzkich cytrusów i tak samo gorzkich ziół. Początek jest zaskakujący bo jest, jakby to powiedzieć… Agresywny to chyba dobre słowo – jest tu zieloność, ale bardzo wytrawna. Dominujace na papierze nuty cytrusowe to nie sok i skórka a raczej liście – i to nie ledwo muśnięte palcami i przystawione do nosa, ale wrzucone do miksera i rozdrobnione na mokrą, gorzką zieloną papkę. Jest ostro i zdecydowanie – bardzo charakterystycznie. Ale nie w tym miejscu ukryta jest główna siła tego zapachu. Jestem wprost przekonany, że, jeśli nie dać zapachowi szansy, 90% użytkowników, przyzwyczajonych do współczesnych perfumeryjnych standardów,  „wymięknie” przy otwarciu, zmyje zapach z siebie i nie dotrwa do fazy, która jest esencją, creme de la creme „Szarej Flaneli”. A mowa tu oczywiście o fiołkowym sercu zapachu. W latach siedemdziesiątych oparcie męskiego zapachu na nucie kwiatowej musiało być tyleż odważne, co karkołomne. A jednak, moim zdaniem, udało się rewelacyjnie. Fiołki w sercu zapachu są zwilżone rosą, wciąż delikatnie cierpkie, im dłużej tym bardziej z woni słodkich, kwiatowych, przechodzą w akordy mydlane, świeże, mokre. Nuta fiołka jest obecna do samego końca życia perfum na skórze, czyli spokojnie kilkanaście godzin. Pod koniec zapach otula się w mchy i zieleń wetiweru – przypomina mi trochę w ogólnym odczuciu zapach nagrzanego podziemnego parkingu w deszczowy dzień – parująca, duszna, lekko słodko-gorzka (migdały!) woń wody z opon z delikatną domieszką olejów i etyliny 95. Tą samą, lekko „benzynową” nutę da się wyczuć w innym fiołkowym klasyku – Fahrenheicie Diora, który, dam sobie uciąć dowolną część ciała, MUSIAŁ być w jakimś stopniu zainspirowany tym, z czym do czynienia mamy w zejściu Grey Flannel.

Trochę szkoda, że tak wielki zapach stał się ofiarą bardzo ostrego, nieco medyczno-ziołowego otwarcia. Chyba właśnie dlatego często jest definiowany jako „zapach dla dojrzałego mężczyzny”, czy po prostu „staroświecki”. Na pewno nie można mu odmówić oryginalności – absolutnie nic nie pachnie jak Grey Flannel, chociaż poszczególne jego „fragmenty” da się wyczuć „gdzie indziej”. Mimo zastosowania ingrediencji kwiatowych, zapach jest na wskroś męski, jednak nie w animalnym, pierwotnym stylu, ale raczej w sposób zdystansowany, chłodny.  Na pewno nie dla bujającego w chmurach romantyka – bardziej widzę w nim twardo stąpającego po ziemi urzędnika, niemal służbistę. Nie w znaczeniu osoby ślepo idącej za obowiązującą wykładnią a bardziej osoby profesjonalnej, wiedzącej dokładnie na co może sobie pozwolić i nawet w skrajnej sytuacji potrafiącej utrzymać emocje na wodzy –  człowieka chłodnego, zdystansowanego, niewrażliwego na wpływ otoczenia. Pasuje do klasycznej męskiej elegancji i nie mam tu na myśli tej współczesnej, w gatunku „marynarka na krzykliwy t-shirt”. Osobiście bardzo lubię ich używać w deszczowe dni, niezależnie od temperatury – kojarzy mi się właśnie z charakterystyczną świeżością zmytych letnim kapuśniaczkiem chodników i ulic. Do dostania już od 40zł, choć w perfumeriach przetestować będzie ciężko, a trzeba pamiętać, że nie jest to zapach, który spodoba się każdemu.

w dwóch słowach: klasycznie elegancka męska woda, będąca hołdem dla zapachowego tematu fiołka

Technikalia:

głowa: galbanum, olejek z kwiatu pomarańczy, olejek z liści pomarańczy, bergamotka, cytryna

serce: mimoza, irys, fiołek, szałwia, róża, geranium, narcyz

baza: bób tonka, migdał, mech dębowy, wetiwer, cedr

nos: Andre Fromentin

data powstania: 1975

Aquolina Blue Sugar

Aquolina to włoska marka, pochodząca z piemonckiej Alessandrii. Ich wyroby, nie tylko perfumeryjne (stawiają równie mocno na kosmetyki do pielęgnacji ciała – płyny do kąpieli, żele pod prysznic, balsamy do ciała) są, bez wyjątków, pozycjonowane w kategorii gourmand. Aquolina na pewno nie jest wynalazcą tego perfumeryjnego nurtu, ale ich dokonania są bez reszty zakorzeniene w filozofii „smakowości” – tym sposobem mamy perfumeryjne hołdy oddane cukrowi, czekoladzie, owocom itd. Wedle tego co udało mi się w sieci wyszperać, ich hitem i absolutnym, dodatkowo promowanym, liderem sprzedaży jest damski Pink Sugar. Niebieska wersja miała być, jak sądzę, dopełnieniem kolekcji i rozciągnięciem jej na męską część populacji. Jedyną, po dziś dzień, męską kompozycją spod ich skrzydeł. Nurt słodkich męskich perfum, rozpoczęty niewątpliwym sukcesem A*Mena (który, notabene, jest dla mnie mało strawny), ma się bardzo dobrze, więc krok wydaje się słuszny. A co z tego wyszło?

Po aplikacji już nuta głowy atakuje bezpośredniością – lukrecja i do tego karmel. Nie jest to jednak gładkie, słodziutkie, ciągnące się toffi, a brązowy, trzcinowy cukier rzucony na rozgrzaną patelnię. Komuś się jednak o tej patelni zapomniało i zostawił ją bez nadzoru. Zapach jednak szybko dał znać o sobie i „przypomniał” o pichceniu – karmel się przypalił, choć to co tu czuć dużo lepiej oddało by słowo „zjarał”. Biada jednak temu, kto myślał że to koniec tak zdecydowanej słodyczy. Nieudolny kucharz, choć to na pozór stracona sprawa, postanowił ratować „danie” – dolał do spalonego na czarno rondla odrobinę wody przyprawionej anyżkiem i lukrecją. No ale dość konotacji kuchennych. Zapach jest, w każdym razie, przez cały czas przerażająco, do zgrzytu zębów słodki. Nawet najmniej słodka baza, która lekko przywodzi na myśl Au Masculin od Lempickiej, to wciąż mocno słodka woń bobu tonka w lepkim, waniliowo-mlecznym karmelu, co przypomina mi nieco wnętrze batonika Milky Way czy innego Mars’a. Gdzieś w głębokim tle czają się nuty drzewne (pewne wspomniany w spisie nut cedr), jednak wyczułem je dopiero na ubraniu na drugi dzień. I chociaż było mniej słodko i jakby przyjemniej, to zapachowe połączenie krówki-ciągutki z drewnem wciąż nie jest, w mojej ocenie, zbyt trafnym miksem…

Mam ambiwalentne odczucia odnośnie tych perfum. Rozpoczynając od strony praktycznej i racjonalnej, to jest to pachnidło, szczególnie dla mężczyzny, totalnie nienoszalne. Naprawdę trudno mi znaleźć sytuację, w której założenie tych perfum mogłoby mieć uzasadnienie. Może jakiś bal przebierańców? Może impreza z okazji Halloween? Na pewno będzie to dobry wybór dla „niebieskich ptaków” kogoś przesadnie wręcz i aż nachalnie oryginalnego, kto chce nie tylko zaznaczać swoją obecność, ale wręcz wprowadzać otoczenie w konfuzję. Taki Michał Szpak! Może tez dla pań, dla których Pink Sugar jest za słodki (tak, tak, damski pierwowzór jest ponoć jeszcze słodszy!). Cały czas mówię to jednak z perspektywy miłośnika nut klasycznie męskich, niezbyt rozmiłowanego w stylistyce gourmand. Takiemu domurst’owi jak wyżej te perfumy nie odpowiadają, nienawidzi ich, nigdy nie założy. Moje wewnętrzne ja podpowiada mi jednak i nakazuje mieć do tej kompozycji szacunek – przede wszystkim za odwagę twórcy. No bo odwagę mieć trzeba niewątpliwie, by ułożyć perfumy (i to w założeniu męskie!) korzystając właściwie tylko z najsłodszych nut. Poza wanilią nie przychodzi mi do głowy nic więcej, co można by dodać by było tu jeszcze więcej „cukru w cukrze”. Zapach jest absolutnie nieposkromiony i nikt nawet nie próbuje udawać, że chciano tą słodycz czymkolwiek przełamać. Do tego jest ona bardzo naturalna, niemal namacalna. Również trwałość i projekcja są porażające – po zakończeniu testów, zapach, mimo prysznica, nie pozwolił mi zasnąć i musiałem umyć się jeszcze raz – dopiero szare mydło załatwiło sprawę. Czyli reasumując – perfumy totalnie nie dla mnie, ale darzę je atencją i odrobiną niekłamanego podziwu. Coś dla tych, którzy uważają, że Lempicka czy A*Men to zbyt zachowawcze pachnidła.

w dwóch słowach: przypalony karmel z dodatkową nutką słodyczy czyli „słodziak” w wydaniu brutalnym 🙂

Technikalia:

głowa: mandarynka, bergamotka, karmel

serce: kolendra, paczula, lawenda, lukrecja, anyż

baza: cedr, bób tonka, wanilia

nos: Shyamala Maisondieu

data powstania: 2006