Versace Dreamer

Dziś długiego wstępu nie będzie. Po pierwsze pisanie wstępu o Versace ma chyba niewielki sens, bo to jedna z ikon modowego światka i nie ma sensu się powtarzać i cytować wikipedię. Przyznam się też, że na coś bardziej kreatywnego zwyczajnie brakuje mi czasu. Dlatego tez od razu przejdę do meritum. Do tytułowego „Marzyciela” właśnie.

Zawsze miałem ochotę przetestować Dreamera i to mimo nieudanych wcześniejszych doświadczeń z perfumami Versace. Powodem były sprzeczne recenzje na zagranicznych forach – właściwie brakowało opinii klasyfikujących zapach jako przeciętny, średni. prawdziwy zawodnik z kategorii „love or hate”. To oczywiście intrygowało, ale po przetestowaniu rozumiem, dlaczego jest tak a nie inaczej. Ale po kolei.

Zacznijmy od tego co podoba, choć od razu zaznaczam, że nie będzie to opis chronologiczny, bo to co może MI się w tym zapachu podobać to baza. Jest tam dużo tytoniu, ale ujętgo nieco inaczej niż w klasycznych, fajczanych perfumach z udziałem tabaki. Tytoń w Dreamerze jest słodkawy, ale jednocześnie suchy, bez udziału smoły i dymu. Nie jest to nabita tytoniem drewniana, z grubym osadem smoły fajeczka, a raczej paczka papierosów świeżo po otwarciu, tak więc w równym stopniu czuć tu tytoń co składniki syntetyczne – zadrukowany farbą kartonik, zanurzony w chemii filtr i cieniutka folia w którą owinięte jest pudełko. Nadaje to składnikowi przewodniemu wymiar nieco laboratoryjny, tytoń staje się wyjałowiony i sterylny. Jest w tym coś interesującego i aromat może się naprawdę podobać, tym bardziej, że zapach jest bardzo trwały i ten akord czuć naprawdę długo. Problem w tym, że trzeba do tego etapu dotrwać. A to już niestety zadanie dla mnie nie do przejścia, no bo trzeba w międzyczasie przetrwać obrzydliwe, gumowate otwarcie w którym postawiono na świeżość sponsorowaną przez miks estragonowej bylicy z nieokreślonym iglakiem i może to być eukaliptus, który zwykle nadaje zapachowi nieco „gumową” formę. Z założenia ma to być świeżość, ja jednak tego typu akordy zawsze odbieram jako „po 8 godzinach roboty (i nie mam tu na myśli siedzenia przy biurku i stukania w klawisze, ale ciężkiej fizycznej tyry w 35C) wracam do domu i nie myjąc się zlewam się najtańszą wodą kolońską”. Coś jak zapocone, owłosione pachy maźnięte antyperspirantem. Nic straconego gdyby komuś jeszcze brakowało syntetytyków – wkrótce do gumy dołączają się lilie (przypominam, że to męskie perfumy!) – plastikowe, dodajmy. W składzie podany jest kwiat lnu – nie wiem jak pachnie on w oryginale, ale znam za to zapach ugotowanej ze zmielonego siemienia lnianego papki i czuć gdzieś cień tej delikatnie ozonowej, kleistej woni. Zapach staje się skrajnie syntetyczny, plastikowo-ulepkowo słodki. Ten akord trwa na mojej skórze ok. 5 godzin nim wyłoni się sterylny tytoń. To niestety zbyt długo bym mógł używać tych perfum z przyjemnością – gdyby chociaż otwarcie było mi obojętne byłbym w stanie przeczekać, tu jednak oczekiwanie staje się męczarnią.

Zapach okazał się dokładnie taki jak go przedstawiano – trudny w odbiorze, nieco eksperymentalny. To, niestety, kolejny Versace na którym się zawiodłem – na mojej skórze wyłaniają się ze wszystkich zapachów tej marki, które próbowałem skrajnie syntetyczne, detergentowe akordy. W przypadku Dreamera jestem przekonany, że tak właśnie miało być – to miała być szalona zabawa laboranta. Mi jednak całość nie leży, choć doceniam idee i myśl, którą konstrukcja zapachu w sobie niesie. Ja jednak oczekuję od perfum wartości delikatnie innych od imitacji woni liliowo-iglasto-lnianego kisielu. Jałowy tytoń jest znakomity, ale nie jestem w stanie dotrwać do momentu, aż stanie się wyraźny… Trwałość zapachu jak i jego projekcja są znakomite, ale w świetle powyższego opisu wartości te nie nabierają dla mnie żadnego znaczenia, a wręcz stają się wadą. Zdecydowanie nie radzę zakupu w ciemno, bo nie jest to zapach z gatunku „najwyżej zużyję bez większej przyjemności”.

w dwóch słowach: industrialny eksperyment z toksyczno-syntetycznym przechyłem

Technikalia:

głowa: bylica, estragon, jałowiec

serce: irys, lilia, kwiat lnu

baza: tytoń, ambra

nos: Jean-Pierre Bethouart

data powstania: 1996

Reklamy

Cerruti Si

Jeśli dla mężczyzn to proponuję coś od stricte męskiego domu mody Cerruti (choć kolekcje damskie też sprzedają). Za nazwą nie stoi już jednak autorytet założyciela – Pana Nino Cerruti, który od 2000 powrócił do korzeni i kieruje już tylko produkującą materiały dla wielu domów mody przędzalnią w piemonckiej Bielli. Dom mody trafił w ręce biznesmenów – najpierw tych spod gwieździstego sztandaru, a w końcu do konsorcjum z państwa środka. Nie wiem czy te zmiany miały jakikolwiek wpływ na skasowanie zapachu Si, niemniej jednak perfumeryjne tradycje Cerruti, które rozpoczynają się od lat 70.-ych są nadal kontynuowane. Samo Si, mimo że nie jest produkowane już od paru lat, to bez problemu można je dostać i w perfumeriach internetowych i w stacjonarnych.

Sam zapach rozpoczyna się powiewem mandarynki i imbiru. Imbir nie jest tu podany w wymiarze ostro-gorzkim, a raczej orzeźwiająco-słodkim i ładnie komponuje się z soczystą słodyczą mandarynki. Ktoś, kto po owocowym otwarciu liczy na podobny przebieg wraz z rozwojem nut zapachowych na skórze, srogo się zawiedzie. Zapach nadal zachowuje delikatną, męską słodycz, ale niosą ją ze sobą nie słodkie owoce, nie przyprawy, nie kulinaria, a drzewa. Swoją siłę czerpie z ich wnętrza, z wonnych soków i żywic. To na pewno drewno liściaste, ale nie pocięte na białe, wysuszone dechy, a żywe drzewo – z zawilgotniałymi bliznami na korze, ociekające sokiem z wnętrza – nadal słodkawe, ale bardziej balsamiczne, kremowe, gładkie, pastelowe. Tą kremowość implikuje ewidentne użycie rozmarynu, który nadaje kompozycji charakterystyczną wodnistość – to ważne, wodnistość, nie wodność w rozumieniu „aquatic”. To właśnie sprawia, że zapach na żadnym etapie nie jest ciężki, jak to bywa z większością zapachów drzewnych – jest to drzewna świeżość w stylu soku brzozowego. Perfumy zasadniczo nie zmieniają swojego charakteru i brak zauważalnego przejścia do nut bazy, które grają tu chyba jedynie rolę utrwalaczy i wzmacniaczy żywicznego serca, które jest esencją tych perfum. Drzewne soki zastępuje żywica benzoinowa, która nadaje lekko waniliowy posmak. Całość jest jednak jak na akordy kadzidlane wyjątkowo cicha i przygaszona, jakby rozcieńczona w słodkawym drzewnym soku.

Powyższy opis wydaje się zachęcać, ale żeby nie było tak pięknie, to są i wady. I to takie obok których trudno przejść obojętnie – jest to mianowicie trwałość i sposób oddziaływania kompozycji na otoczenie, które, mówiąc delikatnie, nie powalają. I o ile 6-7 godzinną trwałość, biorąc pod uwagę niewygórowane ceny jakie trzeba za ten zapach zapłacić, jestem w stanie zaakceptować, to jest to jednak pachnidło zdecydowanie zbyt ciche. Nie wiem czy to zasługa tego „rozwodnienia” o którym pisałem wcześniej, niemniej jednak zapach jakby przykleił się do skóry i może nie tyle brak mu siły, co nie chce się od niej odkleić. Mam przeczucie, że taka była idea stojąca za stworzeniem Si – miał to być zapach stonowany, elegancki, dyskretny i bezpieczny. I taki jest w istocie, ale brak mocy jednak przeszkadza – cały powyższy opis o tym jak zapach „gra” na skórze wykonany został na podstawie nosa szorującego nadgarstek – i to w sytuacji gdy użyłem go globalnie. Nawet podczas ruchu kiepsko go na sobie czuję, a już z pozycji drugiej osoby zapach będzie, nawet nie bezinwazyjny, co totalnie niewyczuwalny. Swój charakter ma, ale cóż z tego, kiedy „bezinwazyjność”  projekcji posunięta została do granic absurdu. Trochę szkoda…

w dwóch słowach: ledwie wyczuwalny hołd dla soków drzew liściastych

Technikalia:

głowa: imbir, mandarynka

serce: żywice, rozmaryn, cedr, geranium

baza: benzoina, paczula, mech dębowy, heliotrop

nos: Jean-Pierre Bethouart

data powstania: 2003