Perfumowa manufaktura aleksandra

Na Perfuforum powstał swego czasu wątek w którym zastanawialiśmy się, czy wykonanie perfum z naturalnych olejków w domowym zaciszu jest możliwe i czy tak przygotowane kreacje mogą być czymś więcej niż tylko eksperymentem. Kilku forumowiczów postanowiło sprawdzić to praktycznie i zajęło się miksowaniem olejków. Jednym z nich jest aleksander, który wykonał kilka zapachów i dostarczył je użytkownikom forum. Jestem jednym ze szczęśliwców i obiecałem aleksowi recenzję którą niniejszym czynię 🙂

Do testów otrzymałem póki co dwa zapachy. Jak zapewnia aleksander zostały one wykonane, każdy z osobna, w ilości ledwie kilku mililitrów – ot prawdziwa nisza! Wedle zapewnień stężenie olejków w poszczególnych mieszankach oscyluje wokół 15-20% więc jest to coś na pograniczu EDP/Parfume. A jak pachną?

Pierwszym z zapachów, które powąchałem był „Pikantny Wetiwer”. Na początek oddajmy głos autorowi:

„(…) w próbce z wetiwerem poszedłem na całość.
Wyobraziłem sobie, jaki ja chciałbym nosić wetiwer.
Dodałem sporo pieprzu żeby niósł kompozycje jak najdalej.
Cyprys podkreśla surowość pieprzu, jak i wetiweru. (…)”

Zacznijmy od drobnego, acz istotnego szczegółu – nazwa jest bardzo trafna i doskonale oddaje co się dzieje w przebiegu zapachu, choć na fabrycznym opakowaniu w Douglasie, najlepiej pasowałoby „PIKANTNY wetiwer”. A to dlatego, że pierwsze 15 minut jest tak ostre i zdecydowane jak nic co do tej pory wąchałem. Najpierw eukaliptus z cyprysem, co daje nieco „gumowe” wrażenie. Chwilę później dołącza się pieprz i to on jest głównym bohaterem tej kompozycji, stąd pikantność w proponowanym tytule pogrubiona. Całość wierci w nosie i może przywodzić na myśl skojarzenia kamforowe. Serce jest szałwiowo-kadzidlane, mocno ziemiste – podoba mi się. Tytułowa wetiweria w końcu pojawia się w bazie. Jest bardzo delikatna, raczej sucha i ziemista i trochę ginie w pieprznej ostrości zapachu. Gdybym miał oceniać zapach w skali 1-5 dałbym mu 3. Po części dlatego, że eukaliptus i jego gumowa natura, to jeden z moich znienawidzonych składników (patrz recenzja Body Kouros), po drugie dlatego, że pieprzu użył aleksander jednak, jak na mój gust, kapkę zbyt wiele i za bardzo dominuje nad resztą kompozycji, nawet po kilkutygodniowej maceracji…

Drugim zapachem jaki dostałem jest „Krzemień” i tu też na początek aleksander i jego koncept:

„Skały rozgrzane od słońca, pocierany o siebie krzemień,
ciepły piasek, popękana z gorąca ziemia.”

W tym przypadku trudno uciec mi od skojarzeń z innymi znanymi mi perfumami, gdyż podobieństwo jest tak ewidentne jak tylko można sobie wyobrazić. Chodzi mi o „Nike Green Storm”. Swego czasu tak napisałem na forum o tych perfumach:

„(…) zieleń, ale mocno przyschnięta, na krzemiennym podłożu (krzemienność, mineralność to właściwe słowa). Dalmacja, początek lipca, rozkwitła wiosną, zielona makia masywu Biokovo zaczyna już wysychać. Na poziomie morza 32 C w cieniu, ale i tu, kilkaset metrów wyżej, słońce niemiłosiernie praży – na szczęście zbocze owiewa mocna Bora. Chcąc uciec od skwaru przedzieram się w górę suchą jak pieprz ścieżką depcząc zeschłą trawę i zioła wymieszane z wapiennym żwirem. „

To było o GS, ale równie dobrze można ten ustęp zacytować opisując „Krzemień”. Różnice oczywiście są, niemniej jednak zapachy mają ten sam, wapienno-mineralny charakter. W dziele aleksa otwarcie przybiera postać musującej lemoniady. Uwielbiam przysuwać nos do szklanki kiedy wrzucam do wody tabletki rozpuszczalne w rodzaju „plussssz” – tak mniej więcej pachnie otwarcie „Krzemienia”.  Serce jest ziołowo-żywiczno-iglasto – aleks używa olejku z kanarecznika – pozyskuje się z niego tzw. żywicę elemi i zdaje mi się, że to ten składnik odpowiada za tą fazę. No i zdecydowane, bardzo iglasto-cedrowy finisz. Krzemienność obu wspomnianych kompozycji jest ewidentna i nazwa dobrana jest idealnie (choć „Wapień” też by się nadała). Właściwie te perfumy to wersja „intense” Green Storma – 3x większa moc i projekcja i większa dosłowność, bez rozmijania się z wątkiem przewodnim po drodze, czyli takie 100% krzemienia w krzemieniu. Gdybym miał w drogerii do wyboru obie wersje wybrałbym zdecydowanie „Krzemień”. Jestem na tak. Duże tak! 6/5!  Tym bardziej, że czas działa tylko i wyłącznie na korzyść tych perfum. Po kilku tygodniach zapach zdecydowanie się zaokrąglił, nie jest już tak dosłowny, molekuły mocniej się ze sobą związały i dużo trudniej wyłapać poszczególne nuty (aleksander dołączył ich spis, ale nie będę go tu z oczywistych względów podawał). Szczególnie otwarcie zyskało na wyrazie – dużo wyraźniej czuć pomarańczę, czyli słoneczny aspekt, o którym pisze twórca. Już żałuję, że muszę się rozstać z małą fiolką, ale nie mam sumienia zachowywać ich tylko dla siebie i zapozna się z „Krzemieniem” kolejny forumowicz (czekam na komentarz do niniejszego posta 😉 )

Oba zapachy są, jak to ktoś na forum trafnie określił – „surowe”, choć wraz z upływem czasu i związaniem się ze sobą składników wyraźnie się ta surowość zaciera. Choć nadal, w żadnym wypadku,  nie są to rzeczy jakie możemy powąchać w Rossmanie… Przy okazji upadł też w moich oczach mit powielany przez producentów o konieczności używania składników syntetycznych, które mają, rzekomo, utrwalać zapach – projekcja zapachów aleksa jest na niesamowitym poziomie – w domowym zaciszu czuć go w innym pomieszczeniu niż to w którym aplikujemy i to chyba wystarczy za komentarz. Sama trwałość to ok. 10 godzin, a więc przewyższa niejedne dostępne w sklepach chemiczne popłuczyny. Sama konsystencja perfum jest dość oleista i z tego wnoszę, że stężenie olejków jest dość wysokie. Myślę, że dodatkowe rozcieńczenie mogłoby trochę wygładzić oba zapachy i ucywilizować, choć mi nie jest to potrzebne, bo dla mnie, szczególnie „Krzemień” jest wyjątkowo noszalny. Zupełnie szczerze, uważam, że gdyby wykonać małą prowokację 😉 polegającą na podszycie się pod PR „nowej, nieznanej na rynku niszowej manufaktury perfumiarskiej” i rozesłać próbki po naszej perfumowej blogosferze nikt nie skapnąłby się, że to perfumy zrobione w domu przy użyciu kilku dostępnych powszechnie olejków. Ja w kazdym razie dziękuję aleksandrowi i liczę, że nie był to jedynie jednorazowy eksperyment a zapowiedź czegoś więcej…

Yves Saint Laurent Body Kouros

Body Kouros to młodszy brat perfumeryjnego „złego chłopca” – tą opinią Kouros cieszy się do dziś. Czy może on stawać w szranki ze swoim ultra męskim protoplastą, czy jest to tylko i wyłącznie próba odcięcia kuponów od sukcesu poprzednika?

Rozpoczyna się zdecydowanie chemiczno-medycznym akordem. Na forum fqjciora Bendigo pisał o otwarciu per „szalet miejski”. Nie do końca się zgadzam, chociaż w pełni rozumiem co autor miał na myśli – ja trochę to rozwinę – jest to świeżość eukaliptusa, ale raczej w stylu „zawieszki toaletowej leśnej”, połączona z miękką, pokrytą żrącą chemią gumą (przepychaczka do toalet). Implikuje to dwa konkretne skojarzenia. Pierwsze z autopsji, już wyrażone przed sekundą – zasyfiona gumowa przepychaczka do „kibli”. Drugie, daleko bardziej brudne od tego pierwszego, którego, niech będą dzięki Najwyższemu, nie miałem „przyjemności” próbować – tak musi pachnieć homoseksualny seks – pot na wyperfumowanej na słodko skórze, przetarta guma, lateksowe wdzianko… Nasuwa mi się skojarzenie filmowe – tak musiał pachnieć Pokrak z „Pulp Fiction” – wilgotna piwnica z otwartym kiblem gdzieś obok, wypełniona potem „spracowanych” samców, którzy tuż po ostrej „tyrze” zlewają się „perfumą”. Kiedy zaczynają się uwalniać nuty serca i bazy to wrażenie na szczęście się zaciera. Do głosu dochodzi benzoes i drzewo cedrowe, które w połączeniu dają pudrowo-słodką woń przypominającą nieco marcepan. Zapach jest absolutnie liniowy i przez kilka godzin, aż do wygaśnięcia, właściwie nie zmienia oblicza na mojej skórze. Do końca jest słodko, liniowo, i choć kobiety sobie w tych perfumach nie wyobrażam (brrrr…) to i męsko zbyt nie jest – na pewno nie w stylu oryginalnego Kourosa z charakterystyczną pierwotną i animalną nutą cywetu. Trzeba jednak oddać bardzo dobrą, dwucyfrową (w godzinach) trwałość i mocną projekcję.

Autorką perfum jest Annick Menardo i w tym zapachu czuć ewidentnie jej „podpis” – guma w otwarciu w jakimś sensie podobna do tej z Bvlgari Black a baza „ideowo” zbieżna z tą w Au Masculin. Choć jeden i drugi to również nie to czego szukam w perfumach, to jednak oba te zapachy oceniam wyżej niż Body Kouros… BK to po prostu kompletnie nie moja bajka. W otwarciu „krew, pot i łzy”, które stopniowo przeradzają się w słodkawą, nieco mdłą uniseksualną woń. Otwarcie mnie organicznie odrzuca, później jest nieco lepiej, ale nie na tyle by czymkolwiek zauroczyć – to wszystko już gdzieś było (Le Male, Lempicka), do tego podane w bardzo nieciekawy, monolityczny sposób. Jeśli jesteście fanami powyższych zapachów to nie wykluczam, że może się spodobać, bo łączy właściwie każdą z charakterystycznych cech powyższych. Na pewno nie jest to zapach do wzięcia w ciemno bez uprzednich testów – a biorąc pod uwagę, że jest dostępny w niskich, często promocyjnych cenach w zwykłych drogeriach (Rossmann, Superpharm) może się to zdarzyć. Ja w każdym razie zdecydowanie odradzam, bo zapach, co można zaobserwować na zagranicznych forach, budzi zdecydowanie skrajne emocje – albo się bardzo podoba, albo totalnie odrzuca. W moim przypadku niestety to drugie… Nawet kampania reklamowa nie zachęca, a wręcz odstrasza od zakupu – może jestem dziwny, ale z radością poznam wasze opinie – czy tego rodzaju reklama naprawdę jest w stanie zachęcić kogokolwiek do zakupu zapachu? Zastanawiając się nad zakupem w ciemno skojarzyłbym taką „reklamę” bardzo jednoznacznie, natomiast po wcześniejszych testach i obejrzeniu czegoś takiego przestraszyłbym się, że to „zapach dla geja” i raczej bym sobie odpuścił. Choć może jest w tym szaleństwie metoda i target jest właśnie taki, a nie inny. No ale jak napisałem wcześniej – dziwny jestem, nie znam się , nie orientuję się, zarobiony jestem…

w dwóch słowach: gumowa słodycz w nieco erotycznym, w negatywnym znaczeniu tego słowa, stylu.

Technikalia:

głowa: eukaliptus, kadzidło

serce: szałwia muszkatołowa, cedr

baza: benzoina

nos: Annick Menardo

data powstania: 2000