Jil Sander Sun Men

Po dłuższej przerwie (ach, te obowiązki) witam w kolejnym cyklu serii pt. „byłem, widziałem, nie chcę wracać”. Ten wstęp zdradza już, co o tytułowym pachnidle myślę, jednak jego mizeria jest na tyle duża, że aż się prosi by wspomnieć to razy kilka i to pogrubionym drukiem. Tym bardziej, że nadzieje miałem całkiem spore, ponieważ damską wersję, wprowadzoną na rynek sporo wcześniej od Sun Men, uważam za zapach wybitny – jeden z najlepiej oddających atmosferę i zapachy wakacyjnego, słonecznego wschodu. Nie takiego spod znaku Bejrutu, Bombaju, czy Waranasi, a raczej ucywilizowanego w nowoczesnym hotelowym stylu i bogatego w żółciutki piasek palmy – Phuket i Goa pasują tu chyba najlepiej. No ale nie o Sun tu mowa, a o jego męskim odpowiedniku, który okazał się być pachnidłem zaskakująco słabym.

Już otwarcie najlepiej nie zwiastuje. Pal sześć słodkie cytrusy, pal sześć jak zwykle rozwadniający nieco obraz całości rozmaryn. Otwarcie Sun Men to hołd oddany współczesnej chemii użytkowej spod znaku Methylbenzodioxepinone (kto ciekawy szczegółów techniczny na wikipedii doczyta w czym rzecz). W praktyce dostajemy tu ozoniczno-owocowo-wodny miks przypominający woń jednorazowej torby foliowej leżącej w dosychającej już w pełnym słońcu kałuży. Jest „żar tropików” – woda i słońce, niestety palmy brak. OK, mówię sobie, zdarza się, dalej gorzej być nie może. No i nie jest, ale i lepiej wcale się nie dzieje. Serce zapachu skrywające cień chemiczno-wodnej bryzy to męska przyprawowa sztampa, czyli kardamon plus gałka muszkatołowa. Końcówka niestety dopasowuje się zapachowo i materiałowo do całej reszty. Nadal wyraźnie czuć, że zapach zbudowano przy użyciu składników niemal wyłącznie syntetycznych, tym razem do ataku na zmysł powonienia przechodzi dywizja broni biologicznej spod znaku szarej ambry, znanej w kręgach miłośników chemii jako C16H28O. Dzięki pokładom syntetyków zapach jest trwały – w duszny letni dzień przetrwał na mojej skórze grubo ponad 8 godzin. Projekcja również nieprzypadkowo mocna, może nie na miarę iperytu, ale zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych, z założenia letnich, zapachów.

Musiałbym być szaleńcem, żeby komukolwiek ten zapach polecić – to na wskroś sztuczne perfumy bez choćby cienia naturalności. Można by to oczywiście wybaczyć, bo syntetyczny nie oznacza dla mnie automatycznie zły, pod warunkiem jednak, że nie powiela utartego schematu i próbuje odkryć niezbadany dotąd zapachowy temat. Tu jednak nie dość, że jest sztucznie, to jeszcze nijako – ot kolejne nudne, quasi owocowo-przyprawowe pachnidełko. Czuć marne składniki i niespotykane przez mnie od dawna ilości syntetycznych akordów. Przeznaczenie tego zapachu również pozostaje dla mnie nie odkryte – na tyle pozbawiony klasy, że na wieczór się nie nada, za to w ciągu gorący dzień chemia wyłazi z niego tak, że aż dech w piersi zapiera. Kiedy go używać? W środku mroźnej zimy??? Jeżeli już szukacie czegoś w klimacie „żaru tropików”, gdzie czuć rozgrzany piasek, szum palm, a także mleko kokosowe i słodki sos z ananasa, które za dolara poda wam śniady hinduski chłopiec, pozostańcie przy wersji damskiej, która spokojnie nadaje się do założenia na męską skórę (sprawdzałem na swojej, grubej, uodpornionej dużą ilością „barbershop scents”  😉 ).

w dwóch słowach: niewiele warta chemia użytkowa powielająca najbardziej utarte schematy współczesnej perfumerii

Technikalia:

głowa: bergamotka, rozmaryn

serce: kardamon, gałka muszkatołowa

baza: ambra, cedr

nos: Béatrice Piquet / Alain Astori

data powstania: 2004

Reklamy

Tesori d’Oriente Ambra Indiana

Tesori d’Oriente to linia kosmetyków mających w założeniu oddawać atmosferę orientu. Zapachy sygnowane marką to kompozycje obudowane wokół jednej, konkretnej orientalnej nuty. Jedną z nich jest indyjska ambra. Zapach, który, jak zapewnia producent na odwrocie prostej metalowej tuby z tandetnym plastikowym korkiem, jest „cenny, rzadki i wyrafinowany (…) wytwarza kusicielską atmosferę (…) został stworzony poprzez dobór najświetniejszych i najcenniejszych składników zręcznie zmieszanych podczas długiej infuzji”. Ta, jasne… To wszystko na temat perfum za 30zł za 100ml produkowanych przez koncern, który ma jeszcze w swoim portfolio marki takie jak „Canforra delle Tigre” (zawieszki przeciw molom), „Stop” (środki przeciw komarom), „Rapida” (odpowiednik naszego „Kreta”), „Durban’s” (pasty do zębów) czy „WC 2000” (komentarz zbędny). Czarodzieje marketingu chyba jednak delikatnie się zapędzili… Co nie zmienia faktu, że pomysł na perfumy w zalewie innej taniochy niezły i oryginalny – od razu wiadomo, że będziemy mieli do czynienia z zapachami prostymi, nie skomplikowanymi, mającymi przywoływać orientalną atmosferę. W przypadku Ambry tak w istocie jest, ale po kolei…

Już od początku wiadomo, że skoro ambra to… ambra. Już po kilku sekundach od aplikacji ujawnia się i będzie dominować do samego końca, jednak nie monotematycznie, ale obudowana we „wspomagacze”. W otwarciu mam wrażenie, że pomagają słodkie owoce – jest to najświeższa faza zapachu, dość zwiewna, lekka, obudowana w nieco „bryzową” świeżość. Z czasem zapach się zagęszcza i do miękkiej, kremowej ambry dołączają się przyprawy. Zapach staje się bardziej suchy, pylisty – trudno powiedzieć co dokładnie nadaje tego wrażenia, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest tu „gryzący” cynamon. Na tym etapie zapach ma słoneczną barwę bursztynu, jest złocisty, ale, jak było powiedziane wcześniej, jest jednocześnie gryzący, jakby chropowaty. Ta bursztynowość w końcu jednak gdzieś znika – z czasem ambrowa baza staje się coraz słodsza (wanilia?), ugrzeczniona, chropowata faktura staje się wygładzona długim słodkawym finiszem. To tyle a’propos samych woni. Opis byłby jednak niepełny, bez wspomnienia o jawnej syntetyczności i chemiczności zapachu. W otwarciu czuć dziwną nutę, przypominającą nieco chemiczny wyziew gazu, jakby wprost przeniesiony z taniego lakieru do włosów. Gryząca duszność serca zapachu też podszyta jest tanią chemią i dopiero pod koniec można odnieść wrażenie, że całość jest w miarę spójna i nie „pędzona” w laboratorium. Ekspozycja i trwałość jest, jak na produkt w tej cenie, porażająca. Spokojnie trzyma się na skórze ok. 10 godzin i niesie za „nosicielem” długi woal molekuł. A trzeba dodać, że oprócz wody toaletowej dostępna jest pełna linia zapachowa – żel pod prysznic, płyn do kąpieli, perfumowane mydełko, kremy i balsamy do ciała. Tak jest w przypadku każdego zapachu Tesori – wspomagacze są dostępne w podobnie niewygórowanych cenach i ich użycie najpewniej wzmocni jeszcze trwałość woni na skórze.

Czuć  wyraźnie, że składniki są marnej jakości i całość podszyta jest podrzędnym laboratorium. Jednak w jakiś sposób producentom zapachu udaje się na każdym etapie maskować prostą chemię w taki sposób, że w żadnym momencie szczególnie nie drażni. Latem sztuczność staje się bardziej ewidentna – w wysokich temperaturach woń jest  bardziej duszna, sucha, gryząca, użyte do „napędzenia” środki są bardziej wyczuwalne. W zimniejsze pory jest sporo lepiej – duszność detergentu odbieram wtedy bardziej w formie „chropowtaości” o której pisałem wcześniej. Ale jest jeszcze jedna sprawa, mianowicie „niedookreślenie” zapachu. Jest za mało męski, nie będąc jednocześnie zbytnio kobiecym. Wiem, że może brzmi to dziwnie, bo to chyba właśnie definicja idealnego „uniseksa”, ale mi brakuje tu elementu i jednoznacznie męskiego, z którym nosząc go mógłbym się identyfikować i jednoznacznie damskiego, który pozwoliłby go założyć kobiecie i nie odebrać jako zbyt męskiego. Pokrętne to trochę… No i na koniec – na pewno nie można odmówić zapachowi oryginalności. Jestem pewny, że na dolnym półkach drogerii nie znajdziemy nic równie „innego” i oryginalnego. Krótko mówiąc, niezły pomysł i przyzwoite, jak na ograniczone środki, wykonanie.

w dwóch słowach: chropowata, żywiczno-bursztynowa ambra dla każdego na chłodne zimowe wieczory

Technikalia:

głowa: ???

serce: ???

baza: ???

nos: ???

data powstania: ???