Cartier Pasha de Cartier

Dzisiejszy wpis dotyczyć będzie perfum będących przedłużeniem zegarkowej kolekcji Cartier’a. Pasha to jedna z legend męskiej sztuki zegarmistrzowskiej i jubilerskiej i, przy okazji, jeden z pierwszych prawdziwie wodoodpornych zegarków w historii. Nazwa nie jest tu przypadkowa, ponieważ proces projektowania i produkcji odbywał się we współpracy z paszą Marakeszu, który w swej próżności zażyczył sobie zegarka, którego nie musiałby ściągać do kąpieli w przypałacowym basenie. W ten sposób powstał ponadczasowy model, który czerpał wiele z wzornictwa ówczesnych egzemplarzy produkowanych dla wojska a używanych przez kadrę oficerską. Łączył wojskową prostotę będąc jednocześnie odpowiednio eleganckim i w pełni wyrażającym klasę i styl noszącej go osoby. W czasach zdominowanych przez marketing szefostwo Cartiera postanowiło odkurzyć tę zapomnianą nieco historię i w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia stworzyło całą serię czasomierzy wzorowaną na oryginale. Władczy, nieco toporny design zyskał sobie grono wielbicieli wśród celebrytów, których przyciągnęła uniwersalność formy, współgrająca znakomicie tak z wytwornym smokingiem, jak i bardziej sportowym look’iem (mam tu na myśli oczywiście klasyczną sportową męską elegancję, tak więc raczej ubrania do gry w golfa i w polo niż dresy do joggingu i na siłownię 🙂 ). Dopełnieniem kolekcji miały stać się wylansowane w 1992 roku perfumy. Czy to rzeczywiście zapachowe ucieleśnienie paszy, czyli, z tureckiego, człowieka o wysokiej pozycji, majętnego?

W otwarciu Pashy nie sposób nie wyczuć ostrego, wiercącego aromatu kminku, i choć w spisie składników nie brakuje typowych dla otwarcia męskich zapachów cytrusów i lawendy, to jednak nie dajcie się zwieść, bo jest ono jednoznacznie przyprawowe. Ten charakter tylko wzmaga bardzo wyraźna mięta, która delikatnie zmiękcza i nadaje świeżości ostrej nucie. Musze przyznać, że bardzo przypadł mi do gustu start tego zapachu – jest osadzony w jednoznacznie męskim stylu lat osiemdziesiątych. Trzeba jednak pamiętać, że zapach powstawał już w czasach kiedy siła rażenia arsenałów atomowych zimnej wojny przestawała mieć znaczenie. Można o tym jeszcze na chwilę zapomnieć gdy do głosu dochodzi naprawdę agresywna woń kolendry. Pisząc agresywna mam to naprawdę na myśli – w pewnym momencie kolendra gra tu monodram nie dając dojść do głosu żadnym innym nutom – jest zdecydowanie szorstko. Osobom stroniących od aromatu tej przyprawy odradzam jakiekolwiek eksperymenty z opisywanym pachnidłem, ponieważ ta nuta wyczuwalna będzie właściwie do końca. Co prawda nie tak ostra jak po 10-20 minutach od aplikacji, to jednak kolendrowa osnowa będzie tematem przewodnim zapachu, aż do jego zgaśnięcia. Po 20-30 minutach zaczyna jednak „wychodzić” już bardziej nowoczesna strona pachnidła, nuta politycznego „odprężenia” – do kolendry dołącza się bardzo wyczuwalna drzewna baza palisandru (drewna różanego). Zapach z chropowatej, przyprawowej, ryczącej na całe gardło bestii zmienia się w aksamitną, dość cichą mieszankę, pełną dyskretnej elegancji i klasy. Po przejściu w nuty serca właściwie kończy się ewolucja tego zapachu. Do końca więc mamy do czynienia z kolendrowo-drzewną mieszanką opartą na typowej, męskiej mszysto-paczulowej bazie. Zapach zwalnia swój bieg, staje się jeszcze bardziej gładki, jest, jak tytułowy pasza, elegancki i dostojny. Na mojej skórze aromat gaśnie po ok. 10-12 godzinach, tak więc trwałość określiłbym jako więcej niż przyzwoitą.

Pasha to na pewno nie zapach dla młodych chłystków, a raczej dla poważnego, dojrzałego (w pełni znaczenia tego słowa) faceta. Rozwinięcie idei ponadczasowej formy zegarka udało się Cartierowi znakomicie, tym bardziej, że mam wrażenie, że zapach doda nosicielowi nie tylko dojrzałości i „nobliwości”, ale i w oczach postronnych osób doda dwóch dodatkowych zer w stanie konta – faktycznie czuć tu pewną klasę i bogactwo. Pewnie także dlatego, że nie jest to romantyczny „przytulaniec” a raczej zapach, który trzyma na dystans. Trudno będzie jednoznacznie określić jego charakter, bo łączy wiele, zdawałoby się, sprzecznych cech. Jest jednocześnie świeży i przyprawowoostry, ale nie brakuje mu także nutki orientalnego ciepła. Najlepiej sprawdzi się w pogodę przejściową, kiedy pogoda jest nieekstremalna, kiedy nie mamy ochoty na „zbyt wiele” którejkolwiek z wymienionych wyżej cech.

Jest bez dwóch zdań świetny, ale jednak nie mój. Zapach za to będzie korespondował idealnie z władczą, zdecydowaną osobowością. Z kimś, dla kogo nienagannie skrojony garnitur i doskonale dobrany do niego krawat to codzienny uniform. Zdecydowanie za mało w nim luzu i niewymuszonego uroku. W podobnym, dyskretnym, eleganckim charakterze wybieram Bulgari Pour Homme. Notabene autorem obydwu kompozycji jest Jacques Cavallier i czuć tu ewidentnie jego „rękę”. Podsumowując jest to naprawdę znakomity zapach idealnie rozwijający koncept i kolekcję Pasha de Cartier, jednak, podobnie jak super drogie zegarki paryskiej marki, przeznaczony jest dla wąskiego grona odbiorców.

w dwóch słowach: trzymający na dystans uniwersalny zapach dla stąpających twardo po ziemi

Technikalia:

głowa: lawenda, mandarynka, kminek, mięta, anyż

serce: kolendra, drzewo różane

baza: labdanum, drewno sandałowe, paczula, mech dębowy

nos: Jacques Cavallier

data powstania: 1992

Cartier Declaration

Znana postać, jedna z ikon współczesnej perfumerii, jako autor kompozycji oraz luksusowa marka Cartier, producent biżuterii i zegarków tak pięknych, jak drogich, zwarli szyki i wspólnie zaproponowali perfumy o nazwie Deklaracja. To chyba najłatwiej dostępne i najpopularniejsze perfumy męskie marki Cartier. Dziś przyjrzę się, co takiego nam oferują, by nie rzec, deklarują…

W otwarciu pierwsze skrzypce grają cytrusy z wyczuwalną, suchawą, ale i zieloną zarazem nutką brzozową. Rola cytrusów jest jednak mała i ogranicza się do kilkunastu minut radosnych podrygów, by, bardzo zauważalnie, przenieść się do serca zapachu, w którym do głosu dochodzą przyprawy. I choć jest tu i kardamon, i imbir, a nawet pieprz, to tak naprawdę nie wyczuwam ich z osobna. Natomiast razem tworzą miks stanowiący kwintesencję subkontynentu indyjskiego – KMIN! Nie mowa tu oczywiście o czeskiej pieczeni w sosie z towarzystwem knedlików i horrendalnych ilości kminkowych „bananków”, a kminie rzymskim – przyprawie u nas raczej trudno dostępnej w stanie surowym, będącej głównym składnikiem hinduskich mieszanek curry i garam masala. Dla wrażliwców i miłośników zapachów gładkich, ułożonych i „ładnych” ta nuta może stanowić wyzwanie, bo jest ona nieco gorzkawa, korzenna i wilgotna zarazem, co dla niektórych daje uczucie przepoconej, czystej skóry. Mi się oczywiście w ten sposób nie kojarzy, ale to nie tylko kwestia gustu, a innych użytych składników, czyli skrzącego się w tle i nadającego kompozycji świeżości jałowca oraz suchej, papierowej nutki irysa. Porównując woń do mieszanek curry, które można u nas nabyć, jest ona znacznie słodsza – tak jakby dodano podwójną, a nawet potrójną dawkę cynamonu. Konstruując zapach Ellena musiał korzystać z doświadczeń kulinarnych, bo rozwój Deklaracji na skórze, jak żyw, przypomina mi to co dzieje się w kuchni w trakcie pichcenia curry – pod koniec związane już ze sobą przyprawy nieco cichną i całość nabiera słonawej i kremowej – delikatnie mlecznej (to pewnie dzięki śmietanie, która dodajemy do curry na koniec gotowania 🙂 ) konsystencji. Finisz zapachu to najlżejsza faza kompozycji – mamy tu cień przypraw oprawiony w delikatnie zamszowy, krzemienny, wyraźnie męski akord połączony z drzewną i herbacianą (raczej biała niż czarna herbata) świeżością. No i było by na tyle. Łał! Trochę się działo… I to wszystko przez dobre 8-10 godzin, przy zdecydowanym zaznaczeniu obecności perfum na skórze.

Na początku testów, zapach mnie szczególnie nie zaciekawił i sam się zastanawiałem – skąd tyle szumu? Ale tak się właśnie dzieje, gdy test jest powierzchowny i jednorazowy. Im więcej czasu dawałem tym perfumom tym bardziej się do nich przekonywałem. Wciąż nie jest to dla mnie niedościgły wzór, kompozycja którą się bez zastanowienia zachwycam i wychwalam pod niebiosa, ale na pewno jest to zapach ponadczasowy, bardzo oryginalny i wymykający się prostej ocenie typu ładny/brzydki. Patrząc na spis nut Declaration można się pogubić i odnieść wrażenie, że to pachnidło gęste, przeładowane składnikami. Tak jednak nie jest na żadnym etapie – mimo zastosowania przeróżnych ingrediencji, od lekkich i świeżych, po przyprawowo ostre i duszące, to woń jest na każdym etapie cudownie lekka, zwiewna, transparentna. Ma w sobie coś szlachetnego i ekscytującego zarazem.

w dwóch słowach: szykowny, elegancki, świeży, przebogaty – czyli łączący sprzeczności transparentny zapach z hinduskim sznytem

Technikalia:

głowa: bylica, kmin, kolendra, brzoza, mandarynka, bergamotka, neroli, pomarańcza

serce: irys, imbir, cynamon, pieprz, jałowiec, kłącze irysa, jaśmin, kardamon

baza: skóra, ambra, herbata, wetiwer, mech dębowy, cedr

nos: Jean-Claude Ellena

data powstania: 1998