Van Cleef & Arpels Pour Homme

Na początek należą się Wam uzasadnione przeprosiny. Ilość obowiązków, ale także, nie będę tego ukrywał, ogólne zniechęcenie sprawiły, że od dłuższego czasu brakowało na blogu jakiejkolwiek nowości. Nie chodzi oczywiście o niechęć do perfum, ale raczej o cholerną pogodę, która jednego dnia daje nadzieję na rychła wiosnę by następnego przywitać nas epickimi roztopami w stylu +1C i śnieg z deszczem. To na szczęście za nami, choć wymówkę teraz też udałoby mi się znaleźć (wy też widzicie tylko te szare, rozmokłe, usiane psimi kupami trawniki?), no ale że obowiązków trochę mniej to i czasu w końcu chwilę wygospodarowałem.

W powtarzających się, licznych mailach od czytelników (no dobra, chodzi o dwie wiadomości od jednej osoby 🙂 ) domagaliście się ostatnio recenzji nieco zapomnianego, trudno dostępnego pachnidła o długiej, trudnej germańsko-łacińskiej nazwie Van Cleef & Arpels Pour Homme. Zupełnym przypadkiem forumowicz FourOfKind okazał się być posiadaczem wspomnianego zapachu i łaskawie obdarzył mnie sowitą próbką (no dobra, to on pytał o recenzję… 🙂 ), dzięki czemu mogę spróbować opisać to zapomniane dzieło męskiej perfumerii.

Kompozycja firmowana przez francuski dom jubilerski rozpoczyna się zestawem zielonych przypraw. Majeranek wraz z bazylią dają przedziwny efekt wąchania kurzu. Tak, to zielony suchy pył, który po chwili opada i ujawnia środkową nutę, nutę serca, duszę zapachu. W przypadku Van Cleefa jest nią niewątpliwie róża, składnik stereotypowo damski, ale tutaj zmaskulinizowany najmocniej jak można to sobie wyobrazić. Jest więc tu nuta nadająca perfumom ostrości (goździki? jałowiec?), ale i nuta, która przesądza o charakterze zapachu i stanowi jego siłę. W niedawno recenzowanym Azzaro Acteur różyczka była rozwodniona, skąpana w strugach deszczu, tu natomiast stoi ona na przeciwnym biegunie. Jest sucha, pylista i bardzo drzewna. Stopniowo pojawia się coraz więcej kwiatów i zapach traci swój monolityczny różany charakter, kiedy to dołącza delikatnie mydlane piżmo, ziemista paczula oraz akcenty bazy – skóra i labdanum. Przywodzi na myśl nie zapalone, roztarte na pył różane kadzidełko. Dzięki odrobinie skóry w piżmowym, ciepłym finiszu, zapach zachowuje swój „ciemny”, wieczorowy charakter. Może nie jest tak mroczny jak inne różane (Ungaro III, Montale Black Aoud) czy paczulowe (Van Gils Classic, Givenchy Gentleman) monstra, ale w ogólnym wydźwięku jest zdecydowanie zapachem ciężkim i nieco „gotyckim” aczkolwiek pozbawionym „arogancji” wcześniej wymienionych. Moje pierwsze wrażenie pod tytułem „różane mydełko” okazało się być bardzo mylne, bo zapach jest dużo bardziej złożony niż mogłoby się wydawać „na pierwszy niuch”. Projekcja wprost powala i nawiązuje do najlepszych pachnideł gatunku. Podobnie jest z trwałością – wytrzymuje spokojnie „od prysznica do prysznica” czyli 12-14 godzin, a może i dłużej, ale tego już nie sprawdziłem.

Nasz tytułowy bohater, to zapach elegancji i właściwie ucieleśniający wszystkie prawidła, wedle których konstruowano zapachy w tych dawnych czasach, kiedy powstawał. Szczęśliwie udało mu się uniknąć tak częstej w tej erze przesady i nadmiernego przeładowania, które wiele pokrewnych mu zapachów czynią nieprzystającymi do współczesności. Mimo niewygórowanej ceny absolutnie nie czuć tu taniości i syntetyczności składników, a jest wręcz przeciwnie – zapach sprawia wrażenie klasowego, eleganckiego i szlachetnego, utkanego w sposób przemyślany. Krótko mówiąc czuć, że to towar luksusowy, a nie jedynie dodatek do nowej linii jeans’ów. Sprawdzi się znakomicie w okazjach wieczorowych, i to nie tylko tych formalnych. Jest na tyle „mało smutny”, że nawet w popularnym klubie tanecznym będzie intrygował i odcinał się pozytywnie na tle nowych klonów One Million’a. Myślę, że z łatwością trafi w gust fanów bogatych, orientalnych niszowych pachnideł w stylu Amouage czy Montale.

w dwóch słowach: elegancki, różano-skórzany zapach wieczorowy

Technikalia:

głowa: jałowiec, lawenda, bazylia, kminek, bergamota, majeranek

serce: bylica, róża, goździk, paczula, kłącze irysa, jaśmin, goździki, wetiwer, cedr

baza: labdanum, skóra, ambra, piżmo, kokos, mech dębowy

nos: Louis Monnet

data powstania: 1978

Caron Pour Un Homme

Dzisiejszy wpis nie może się obyć bez wstępu. No bo jakże pisać o perfumach marki Caron i nie wspomnieć o „dinozaurach” perfumerii? Założony w 1904 roku przez Ernesta Daltroffa Caron posiada bogatą historię w branży perfumeryjnej i wciąż trzyma się wizerunku prawdziwego „domu perfumowego”, czego niestety większość podobnych przedsiębiorstw już dawno się wyrzekła. Caron wciąż pozostaje całkowicie oddany zapachom i jest jedną z ostatnich marek, która posiada w swojej strukturze instytucję „nosa” (Richard Fraysse), czyli osoby odpowiedzialnej za zapachowe kreacje. Sama firma chwali się na swoich stronach, że jest jedynym domem perfumowym, którego poczynaniami sterują perfumy same w sobie, nie będąc jedynie dodatkiem do sekcji „fashion”. W niektórych miejscach w sieci można natknąć się na informację, że dzisiejszy bohater, Pour Un Homme, który wylansowano w 1934 roku, był pierwszymi perfumami przeznaczonymi wyłącznie dla mężczyzn. Jest to spora przesada i bardzo łatwo zweryfikować tę informację patrząc chociażby na datę wyjścia na świat Mouchoir de Monsieur od Guerlaina, co nie zmienia jednak faktu, że PUH to jedna z legend pod tytułem „klasyczny męski zapach”. Czy, wciąż dostępny, do tego w bardzo przyjaznych cenach, zapach Carona wytrzymał próbę czasu?

Spis nut opublikowany na oficjalnej stronie Carona, w przeciwieństwie do oryginalnego składu, w którym roi się od składników, mówi jedynie o lawendzie i wanilii pozostawiając wiele znaczące niedopowiedzenie w postaci wielokropka. Nic więc dziwnego, że od pierwszej sekundy po aplikacji na skórę poczujemy ostrą lawendę. Na początku uwypuklony jest jej ziołowy, ostrzejszy charakter. Wrażenie ziołowości zapachu, niemal aptecznej, potęguje wyraźnie wyczuwalny w kilka sekund po opadnięciu na skórę rozmaryn. Nie jest to szczególnie oryginalne i raczej typowe dla wód kolońskich – oczywistym odwołaniem jest „Woda Królowej Węgier”, gdzie pojawiała się podobna para. Zdecydowane otwarcie jednak stopniowo łagodnieje i do głosu dochodzić zaczyna kwiatowa natura lawendy – z czasem mamy mniej twardych, zielonych łodyg, a więcej fioletowego kwiecia. Nic jednak nie trwa wiecznie, a tym bardziej ulotna, lekka molekuła lawendy. Jak wiadomo, do tanga trzeba dwojga, a tym drugim składnikiem, potrzebnym właśnie po to by przedłużyć krótkie życie zapachu lawendowych gałązek jest wspomniana wcześniej wanilia. Niepostrzeżenie dotarliśmy w ten sposób do fazy serca, gdzie w żadnym razie słodka, raczej kremowa, wanilia, ociepla medyczną, sterylną nutę lawendy. Ona jednak wciąż tu jest, ale dzięki włożeniu jej w kremowe ramy, jeszcze bardziej uwypukla się jej kwiatowy charakter. Całość nie zmienia się zbyt mocno i zdecydowaną większość czasu, kiedy perfumy „żyją”, mamy do czynienia właśnie z mieszanką budyniowej, delikatnej wanilii z nutami kwiatowymi. Pod koniec do tańczącego dostojnie, bez nowoczesnych „wygibasów”, duetu dołącza się lekkie, acz męskie, piżmo, by w ramach odbijanego zaopiekować się zmęczoną już trochę wanilią. Blisko skóry, ostatnie dwie, trzy godziny prowadzi do ostatecznego finału. Dopiero finisz lekko tonuje mocną projekcję zapachu, a trwałość jest mocną stroną Carona i kształtuje się na poziomie 10-12 godzin.

To co stanowi znak rozpoznawczy Pour Un Homme to właśnie wspomniane wyżej duo lawendy i wanilii. Nut, zdawało by się, kompletnie sobie obcych – ta pierwsza lekka, aromatyczna, raczej orzeźwiająca, druga zaś orientalna, ciężka, ciepła. Ich połączenie daje jednak znakomity efekt idealnie zbalansowanego akordu. Wanilia „podkręca” naturalną, kwiatową słodycz lawendy, a ta w zamian pozbawia wanilię typowej dla niej ciężkości i słodyczy i nadaje jej kremowy, balsamiczny charakter. Powracając do pytania ze wstępu, moim zdaniem PUH nie tylko wytrzymuję walkę z czasem, ale nawet wpisuje się we współczesne perfumiarskie trendy. No bo mamy tu przecież i ultranowoczesne, minimalistyczne podejście do tematu czyli zdecydowane skupienie się na dwóch jedynie składnikach toczących ze sobą walkę i pojawiających się naprzemiennie, a także postawienie na nuty „niemęskie” – kwiatowe uwypuklenie charakteru lawendy oraz ciepła wanilia. Oba te trendy trendy i szansę na sukces perfum we współczesnych warunkach dostrzegli nawet marketingowcy Carona i od pewnego czasu twarzą zapachu nie jest już nobliwy dżentelmen w mocno nie wyjściowym garniturze, ale francuski rugbysta Sebastien Chabal, zwany przez kibiców, pieszczotliwie, „jaskiniowcem”. Zapach Pour Un Homme nie do końca, według mnie, koresponduje z tego typu, pierwotnym, silnym, typem męskości, bo to jednak zapach ciepły, otulający, dający raczej poczucie bezpieczeństwa niż zachęcający do hulanek, morderstw i gwałtów. Jest przy tym jednak wyjątkowo uniwersalny, a i lubiące ziołowe akcenty panie powinny się w jego oparach znakomicie odnaleźć. Klasyk drodzy państwo, klasyk.

w dwóch słowach: zaskakująco współczesna lawenda z wanilią

Technikalia:

głowa: lawenda, rozmaryn, bergamotka, cytryna

serce: szałwia, róża, drzewo różane, cedr

baza: wanilia, bób tonka, piżmo, mech dębowy

nos: Ernest Daltroff

data powstania: 1934

Azzaro Acteur

Dziś po raz kolejny o perfumach rzadko widzianych, rzadko używanych i pewnie jeszcze rzadziej kupowanych. Mowa oczywiście o tytułowym „aktorze”. Zapach, który wprowadzono na półki perfumerii w 1989, musiał być trudny start, jako że były to pierwsze męskie perfumy Azzaro po premierze klasycznego Azzaro PH, który stał się, już od premiery, nie tylko komercyjnym hitem i perfumowym symbolem lat 80.-ych, ale i kamieniem milowym w historii męskiej perfumerii selektywnej. Tak długie oczekiwanie na kolejny perfumowy wypust pokazuje też małe wahania ówczesnych trendów – potrzeba było 11 lat by klasyk się znudził i spowszedniał. Zmilczę oczywiście jakiekolwiek porównania do współczesnego tempa „wystrzeliwania” nowości i kolejnych wersji tej samej wody (choć akurat domowi Azzaro zarzucić tego nie można). No ale wróćmy do Acteura, bo to on jest bohaterem dzisiejszej opowieści…

Acteur „rozpoczyna się” bardzo charakterystycznie. Już, spotykana przecież często w męskich perfumach, gałka muszkatołowa jest inna niż zwykła – bardziej ostra, gorzkawa. To pewnie dzięki zastosowaniu tzw. „macis”, a więc nie klasycznie używanych w kuchni sproszkowanych nasion muszkatołowca, ale ich osnówek,  łupinek które otaczają mielone później nasionko, zwanych także kwiatem muszkatołowym. Czujemy więc przede wszystkim przyprawowość, którą dodatkowo potęguje gorzki tatarak i zastosowanie ziela angielskiego. Nie ma tu delikatnej goryczki, którą czujemy gdzieś na końcu języka – to autentyczna zielono-przyprawowa gorycz, która atakuje agresywnie przez około 15 minut. Po tym czasie zapach się wygładza i łagodnieje. Do głosu zaczynają dochodzić nuty serca, a przede wszystkim jedna konkretna, która jest znakiem rozpoznawczym tego pachnidła. Chodzi tu oczywiście o różę. Nie taką jaką czuć w męskim Ungaro III czy niszowcach w rodzaju Black Aoud od Montale. Nie ma tu więc ani grama pylistego, herbaciano-różanego ciężaru i gęstego pyłu. Róża w Acteurze jest prawdopodobnie jeszcze nie dojrzała i mocno zroszona wodą, dosłownie nią ociekająca, nie tyle wilgotna, co mokra. Postawiono na uwypuklenie męskiego charakteru tego kwiatu, a więc mniej jest tu kwiatowej słodyczy a więcej, wciąż kwiatowej, zieloności. Tak jakby zmieszać płatki rózane z zieloną pulpą mielonych kolców i listków. Mimo zastosowania składnika stereotypowo damskiego ani przez chwilę nie ma cienia wątpliwości, że mamy do czynienia z męskim zapachem. Wodnistość i zieloność róży jest uwypuklona delikatną goryczką aby zredukować jej kobiecy, kwiatowy charakter. Całość jest bardzo naturalna i bez wątpienia męska, co jeszcze bardziej potęguje baza. Wciąż wyczuwalna mokra róża przechodzi stopniowo w tzw. akord Azzaro, czyli coś co jest ewidentnym nawiązaniem do wielkiego klasyka. Nie ma tu jednak cienia znanej z klasycznego fougere tonkowej słodyczy. Ale za to w pełni uwypuklony jest aspekt animalny, czyli skórzano-ambrowy, oczywiście na bazie utrwalającego i niosącego całość mchu dębowego.

Po 11 latach od premiery Azzaro PH, wyjście tego pachnidła na rynek musiało być delikatnie szokujące. Pamiętajmy jednak, że rok wcześniej na światło dzienne wypłynął Cool Water Davidoff’a, który o 180 stopni odwrócił panujący w męskiej perfumerii trend. I taki też chyba miał być Acteur – miał uwspółcześnić, odmłodzić i dostosować do ówczesnej mody klasyka. Na szczęście robi to w stylu daleko bardziej wyszukanym niż można by się spodziewać. Daleko mu do, masowo plagiatujących CW, nowych wodniaków, wpisuje się jednak w ówczesny nurt nadawania zapachom wilgoci. W tym przypadku, na szczęście, nie pozbawiając go jednocześnie suchej, klasycznej wytrawności ujawniającej się w bazie. Trwałość i projekcja jest już jednak o ton niższa niż w klasycznych perfumach męskich lat 80.-ych, ale i tak jest na poziomie więcej niż przyzwoitym – tak więc bardzo wyraźnie przez pierwsze kilka godzin, by później nieco osłabnąć, ale spokojnie być wyczuwalnym do ok. 10-12 godzin. Mimo długich lat od premiery i niewielkiej popularności nadal jest produkowany, ale próżno go szukać w sieciówkach – sprzedawany jest tylko jako kolekcja butikowa. To również daje sporo do myślenia a’propos klasy pachnidła. Na szczęście można znaleźć je również, w przyzwoitej cenie, w nielicznych perfumeriach internetowych. Czy jest lepszy od klasyka? Moim zdaniem nie, ale o to 99% procentom zapachów męskich będzie trudno. Takie porównanie jest jednak o tyle krzywdzące, że są to jednak zapachy różne. W męskiej perfumerii mainstream’u niczego podobnego w każdym razie nie znajdziecie i, moim zdaniem, warto „aktora” spróbować. A nuż odegra na waszej skórze „rolę życia”?

w dwóch słowach: mokra, zielona męska róża

Technikalia:

głowa: kwiat muszkatołowy, tatarak, bergamotka, kardamon

serce: róża, jaśmin, cedr, goździk

baza: mech dębowy, ambra, piżmo, skóra

nos: Maurice Maurin

data powstania: 1989

Sonia Rykiel Homme Grey

Na początek muszę się wytłumaczyć z dłuższej niż zwykle blogowej nieobecności. Tzn. obecny byłem, ale tylko jako „silent observer” 🙂 To hobby ma to do siebie, że jakikolwiek nieżyt górnych dróg oddechowych wyklucza rzetelne pisanie o perfumach. A niestety dopadło mnie. Mam nadzieję, że ten pierwszy raz był zarazem ostatnim w Nowym Roku. Po prawie tygodniowej, bez efektów, kuracji lekowej poddałem się sposobowi domowemu, czyli do jedzenia tylko rosół i tona świeżo przeciśniętego czosnku na chlebie, a ta diabelska mieszanka popita sporą ilością zagrzanego alkoholu :). Dzięki temu katar zelżał na tyle, że mogę pokusić się o kolejną „riwju”. Tym razem rzecz mało popularna i daleko rzadziej spotykana od ostatnio recenzowanych pachnidełek.

Sonia Rykiel, znana w świecie mody głównie z zamiłowania do wszelkiej maści pulowerów, nie celuje swoją perfumeryjną produkcją w brzydszą część społeczeństwa. Bo trudno uznać za marketingowy cel kogoś, dla kogo w ciągu trzydziestu kilku lat obecności na perfumowym rynku przygotowuje się jedynie 3 premiery. Jedną z nich jest właśnie Grey zamknięty w charakterystycznym „sweterkowym” flakonie w tonacji, a jakże, szarości. Barwa która poczujemy w otwarciu nie koresponduje jednak zbyt mocno z szarością. To miks cytrusów z jabłkiem oraz anyżem. Z osobna poczuć można jedynie wilgotne yuzu, ale całość jest tak zielona, że bardzo mocno przypomina zapach świeżo zerwanych witek brzozowych – dopiero rozkwitająca zieloność, soki zerwanych z drzewa, połamanych na drobne kawałki patyków. Jest świeżo i zieloniutko – daleko od uczucia szarości. Jednak już po chwili mrok zaczyna „wyłazić”. Nie w postaci kadzideł, drzew, igieł, dymu, a w postaci ciepłej wilgoci. Tak właśnie pachnie Grey! Ciepły wiosenny deszcz w mieście – lekko zakurzone pierwszym „wypustem” pyłków z kwitnących drzew chodniki schłodzone mżawką. Szarość stopniowo się zagęszcza. Nie znaczy to jednak, że robi się ciemniej – po prostu deszcz zaczyna padać co raz mocniej, poziom wilgoci w atmosferze wzrasta, aż w końcu jedynie muśnięte deszczykiem, oleiste ulice zalewa fala z nieba. Im bliżej końca, tym zapach łagodniej, zanadto się nie zmieniając – deszcz stopniowo słabnie i w końcu przestaje zupełnie, ale temperatura nieco wzrasta i cieszymy się ciepłym, delikatnie parującym wiosennym wieczorem.

Ciekawe, że te skojarzenia to właściwie jedyny sposób, żeby opisać „szarego”. Składników podanych w spisie nut, poza ewidentnym yuzu w otwarciu, właściwie nie czuć. Przyprawy? Cyklamen? Tonka? No way. Próba rozłożenia tych perfum na czynniki pierwsze musi skończyć się porażką. Ale czy to źle? Banalnie proste będzie za to opisanie walorów użytkowych pachnidła, tj. trwałości i projekcji – ewidentnych minusów pachnidła. O ile pierwsze 2-3 godziny perfumy operują bardzo wyraźnie, o tyle kolejne 3 godziny musimy się raczej domyślać ich obecności na skórze. Po 6 godzinach czuć już bardzo niewiele. Nie dajcie się zwieść „marketingowej” szarości – nie jest to zdecydowanie ciężki zapach jesienno-zimowy, jedyny mrok i szarość jakie tutaj mamy są zasługą wieczornej, parującej wilgoci. I w tym miejscu trzeba zdecydowanie zaznaczyć, że zapach jest bardzo „plastyczny” – maluje w głowie konkretne obrazy, których ciężko jest się pozbyć. To niewątpliwa zaleta tego pachnidła – daje nam znacznie więcej niż odczucia zapachowe i możliwość prostego rozbioru na części składowe. Czuć tu jednak zdecydowane „niedoinwestowanie”, które przejawia się nie tylko słabą mocą i, co najwyżej, średnią trwałością, ale i delikatną plastikowością wiodącej nuty. Okazuje się, że ulicznym rynsztokiem spływają nie tylko pyłki i mokre listki, ale niestety, od czasu do czasu, trafia się i zgnieciony celofan zdjęty z paczki fajek… Trochę szkoda, bo pomysł był bardzo dobry, ale jeśli chodzi o wykonanie to kilku tysięcy „baksów” ewidentnie zabrakło. Ale pomimo tego, jeśli gustujecie w delikatnych zapachach oraz w zielonych, roślinnych, nieprzesłodzonych klimatach, to kupując Grey będziecie w domu. Wąchając „szaraka” mam również nieodparte wrażenie, że to jakiś daleki kuzyn Cerruti Si. Oczywiście odarty z balsamicznej słodyczy tego drugiego, ale brzozowa nuta i delikatność obu woni jest zdecydowanie wspólnym mianownikiem.

w dwóch słowach: wilgotna wiosna w domach z betonu

Technikalia:

głowa: yuzu, mandarynka, liście pomarańczy, zielone jabłko

serce: gałka muszkatołowa, cyklamen, drewno różane

baza: drewno sandałowe, bób tonka, piżmo

nos: Edouard Flechier

data powstania: 2002

Paco Rabanne Black XS

Dzisiejszy bohater nazwą nawiązuje do klasyka Paco z początku lat dziewięćdziesiątych. Gdyby kierować się tylko i wyłącznie otoczka marketingową, to coś tu nie gra. Oryginalny XS to zielony „raczej świeżak”, a tu mamy do czynienia z czarną jak noc butelką opisaną gotykiem i rysunkiem róży w nieco glam rockowym stylu. Czy da się przerobić „uroczego blondaska” na „typa spod ciemnej gwiazdy”? A może nazwa i nawiązanie to tylko blef lub brak pomysłu marketingowców? Sprawdźmy zatem…

Już po pierwszym teście bloterowym i pierwszym „niuchu” rozwiązuje się zagadka z „wstępniaka”. Z XS jego następca ma wspólnego tyle, co dzień z nocą. Świadczy o tym już samo otwarcie, które ze świeżością, nawet zieloną, nie jest zbieżne w żaden sposób. Jest ono jednocześnie najbardziej charakterystycznym „momentem” tego pachnidła. Trudno je pomylić z czymkolwiek innym, chyba że bierzemy również pod uwagę przetwory owocowe 🙂 . Bo tak właśnie pachnie BXS tuż po aplikacji – gęsty, kremowy, nieco mleczny jogurt o smaku truskawkowym. Nie wiem jakim cudem udało się taki efekt osiągnąć w zdominowanym przez cytrusy akordzie, w każdym razie właśnie tak pachnie. Już po kilkudziesięciu sekundach staje się mniej płynny i aksamitny, zagęszcza się i tężeje do formy truskawkowo-śmietankowego karmelka. Jeśli brać pod uwagę tylko to charakterystyczne otwarcie to wcale nie dziwię się, że sporo mężczyzn już na starcie zapach odrzuca traktując go jako mało męski, a wręcz damski. Cukierkowa słodycz, dodatkowo wsparta wyjątkowo silną projekcją, przeciętnego Joe kupującego jedną flaszkę perfum na 2 lata na pewno odstraszy. To jednak tylko pierwszych kilka minut, a jazda trwa dalej. W pewnej chwili słodycze i owoce chowają się głęboko. Serce zapachu zaczyna ujawniać swój przyprawowy charakter. Zapach nie jest tak słodki jak na początku – delikatnej słodyczy nadaje mu jedynie czekoladowa nuta praliny. To co gra pierwsze skrzypce w tej części można określić jako akord balsamiczny biorący się zapewne z wymienionego w spisie nut tolu. Powoli zza kurtyny zaczynają się wychylać także cięższe nuty bazy, a więc akordy ciemnego drewna (jakiś mahoń, heban) i podlana pralinkową czekoladą paczula, całkiem zbliżona do tej z Muglerowskiego Angela (co nie jest przypadkiem, zważywszy, że to dzieło tej samej osoby), aczkolwiek otulona w puchaty kożuch miękkich akordów ambrowych charakterystycznych dla współczesnej męskiej perfumowej konfekcji. To wszystko czuć już, mniej więcej, godzinę od aplikacji. Dalej zapach trwa w niezmiennej formie i żongluje swoimi nutami w wyważony sposób, raz po raz serwując zmysłowi powonienia przeplatające się akordy serca i bazy – „efekt truskawki” na tym etapie zanika zupełnie. Trwałość zapachu trzeba ocenić na ok. 7-8 godzin przy czym jedynie otwarcie jest mocne i wyraźne. Po około godzinie zapach staje się mocno ociężały i osiada bardzo blisko skóry, co jest jednym z niewielu minusów tego tajemniczego, trochę erotycznego zapachu.

Ociężałość i „bliskoskórność” o której kawałek wyżej to właściwie jedyny zarzut, który mam do kompozycji. Zapach doskonale nadawałby się do klubu i jest bardzo w „tym” klimacie, ale jest na to odrobinę zbyt słabowity, szczególnie po kilku godzinach od aplikacji. Gdyby tylko opisywane perfumy było o ton donośniejsze to bez najmniejszej wątpliwości już od dawna zajęłyby zasłużone miejsce na mojej perfumowej półce. A tak, wciąż ze sobą walczę… Jedno jest pewne – zakup na pewno nie zostałby spisany na straty, bo jestem przekonany, że dzieliłbym go ze swoją partnerką. Trudno mi sobie wyobrazić zapach lepiej od Black XS wpisujący się w schemat „uniseksualności”. Tak więc panowie, jeśli nie odstraszają was perfumowe słodycze – do dzieła! Sprawicie prezent nie tylko sobie ale i swoim matkom, żonom lub kochankom.

w dwóch słowach: owocowo-balsamiczny, nieco mroczny „drewniak”

Technikalia:

głowa: cytryna, kalamanzi, aksamitka

serce: cynamon, pralinka, balsam tolu, kardamon

baza: palisander, czarna ambra, paczula, heban

nos: Olivier Cresp

data powstania: 2005

Wesołych Świąt!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam, moim obecnym, byłym i przyszłym czytelnikom, radosnych świąt w rodzinnym gronie, spokoju ducha, przynajmniej w ciągu tych kilku magicznych dni, spełnienia marzeń oraz najlepszych zapachowych wspomnień związanych z  przepyszną wigilijną kolacją.

Avon Christian Lacroix Absynthe for Him

Po długiej przerwie wracam do cyklu poświęconego pachnidłom od Avon’u. Dotychczas trafiało mi się recenzować tylko tzw. „kapiszony”, ale wśród ich perfumowej konfekcji trafiają się i całkiem niezłe strzały (dla szerszego obrazu odsyłam do mini testu popełnionego przez mnie ładnych kilka miesięcy wcześniej na Perfuforum fqjcior’a). Jednymi z perfum, które przypadły mi do gustu najbardziej, był Absynthe for Him sygnowany przez francuskiego projektanta, który podpisał się również pod pięknym, niestety już wycofanym z produkcji, Tumulte.

Już sam fakt, że postanowiono „poeksperymentować” ze składnikiem i zapachowym tematem absyntu, który rzadko pojawia się nawet u producentów niszowych, każe się nad tymi perfumami głębiej pochylić. Odpowiedzialność za własne słowa i czyny każe mi zacytować samego siebie (za wspomnianym wczesniej Perfuforum):

„Na mojej skórze start jest delikatnie zielony z dodatkiem cytrusów (co to jest nie wiem, ale na pewno nie cytryna czy pomarańcze). Z czasem zapach jest coraz głębszy i bardziej przyprawowo-wetiwerowy (stąd pewnie ta zieleń) – do głosu zaczyna dochodzić cierpka nuta absyntu, która z czasem łączy się z ciepłym i słodkawym ambrowym finiszem i dziwną ale intrygującą nutą, roboczo nazwijmy ją – „skarmelizowane żywice”. Zapach jest raczej wytrawny chociaż ambra z czasem dosładza i ociepla kompozycję.”

To co po blisko roku czuję, nie rózni się z grubsza od tego, co napisałem „kiedyś”. Przypominam, że to perfumy od Avon’u, które mają się spodobać jak największej liczbie potencjalnych nabywców, a nie kompozycja, która ma kogokolwiek skonsternować. I taki mniej więcej jest Absynthe od Lacroix. Jest raczej ciepły niż ostry, wytrawny w delikatny sposób – żadnych dzikich fikołków i ekstremów. Piołun najbardziej czuć w sercu zapachu, ale w żadnym momencie nie jest na pierwszym planie. Najpierw zagłuszają go zielone cytrusy, a ambrowa baza nadaje mu ciepła i nie pozwala rozwinąć skrzydeł mocnej goryczce. Trzeba oddać, że docierająca do nozdrzy woń jest szalenie złożona – czuć bogactwo wzajemnie przenikających się nut, na szczęście bez popadania w kakofonię zapachów. Kompozycyjnie bliżej mu więc do lat osiemdziesiątych XX w. niż do, często bardzo monotematycznej, perfumowej współczesności. Tak więc są i akcenty żywiczne, i jakiś delikatny, zielony podszept wetiweru, lepki owocowy syrop oraz cienka smużka dymu. No i gdzieś tam, pośród całej misternej obudowy, jest i absynt. Jest i nadaje kompozycji szlachetności.

Kolejna niespodzianka to trwałość. Wytwory Avon’u przyzwyczaiły, w przeważającej ilości przypadków, do poziomu znanego ze spray’ów marki Brise. W tym przypadku jest o niebo lepiej – przez pierwsze 7 godzin są dobrze wyczuwalne, by w ciągu ostatnich dwóch stopniowo wygasać utrzymując się już bardzo blisko skóry. 9 godzin to nie wynik na miarę Kourosa, ale w porównaniu do 1,5 godzinowego żywota np. Essence, nastraja pozytywnie. Zapach bardzo dobrze sprawdza się przy ujemnych temperaturach – jest jednocześnie cierpki, ale i słodki. Ta ambrowa słodycz, a raczej ciepło jakie od niej bije sprawia, że na lato czy wiosnę może być przyciężki. Moja poczatkowa opinia skłaniała się do zdania, że to zapach jednoznacznie męski, ale po głębszym namyśle uważam, że odważne Panie mogą śmiało próbować. No i na koniec jeszcze jeden cytat z Perfuforumowego domurst’a 🙂 :

„Dla mnie zapach genialny, który spokojnie mógłby się znaleźć w portfolio perfum znanych projektantów. (…) Nie waham się użyć tego słowa – ARCYDZIEŁO”

Dziś, czyli kilka miesięcy i sto „przewąchanych” kompozycji później, muszę przyznać, że jest w tych słowach sporo przesady, ale nie aż tak znowu wiele by się kajać, bić w pierś i „odszczekiwać”. Avon’owski absynt to naprawdę uczciwy zapach, który nie musi się wstydzić konfrontacji z wieloma droższymi, wyżej pozycjonowanymi kompozycjami z perfumerii sieciowych. Lacroix robi dla absyntu to, co robi Malizia Uomo dla promocji wetywerii – podaje ingrediencję trudną, „niejadalną” dla przeciętnego użytkownika, w sposób przyswajalny i bardzo przyjemny. Nie oczekujcie więc po Absynthe niszowego ekstremum, czyli absyntu podanego na czczo nieświeżemu „poecie” w zadymionej XIXw. paryskiej kawiarni, ale raczej absyntowego drinka „z palemką”. Na tle współczesnego, najczęściej nijakiego mainstreamu, to naprawdę dobry zapach. W tej kategorii cenowej trudno mi wyobrazić sobie coś lepszego.

w dwóch słowach: zaskakująco dobra, delikatna wariacja na temat absyntu;

Technikalia:

głowa: bazylia, czarny pieprz, petitgrain, limonka

serce: figa, paczula, kardamon, irys, mirt

baza: wetiwer, ambra, jęczmień, piołun, labdanum

nos: ???

data powstania: 2009