Bloc Party – Silent Alarm

W poprzednim tygodniu, nie mogąc już znieść przekrzykiwań „polityków” na mojej ulubionej Trójce, zacząłem przerzucać stacje radiowe w samochodowym odtwarzaczu licząc, że trafię jakąś sensowną muzyczkę. Zwykle kończy się to w ten sposób, że po minucie znowu gra „trójka”, ale tym razem zaintrygowała mnie stacja znana ze skocznej potupajki w stylu disco-polo „Eską” zwana. Ściślej nie tyle zaintrygowała mnie stacja, a wokal w jednej z „klubowych nowości”. Chwila zastanowienia i… tak! To przecież Kele Okereke z Bloc Party. Trochę zastanowiła mnie odmienność stylistyki – piosenka nie była zła, wpadła w ucho, ale jednak  pomyślałem sobie – ok, zmieniają styl, dostosowują się, ale aż tak??? Po powrocie do domu chwila researchu w sieci i odetchnąłem z ulgą – Kele jedynie „featuringuje” na albumie znanego w klubowym światku Martina Solveiga („Ready 2 Go”). Przy okazji dowiedziałem się, że rok temu nagrał solową płytę, która jakoś mi umknęła.

Powyższa historia stała się impulsem do odkurzenia półeczki z płytami, by ponownie wrzucić do odtwarzacza pierwszy studyjny album grupy Bloc Party. Przyznam, że kiedyś namiętnie się w nim zasłuchiwałem, ale po czasie trafił na półkę. No i po 5 latach znowu słucham i słucham i słucham i przestać nie mogę – gra mi w aucie, wieczorami puszczam do książki, nawet skonwertowałem kilka utworów do mp3-ek na potrzeby porannego joggingu. Uwielbiam tą płytę! Kolejne płyty Bloc Party również są niezłe, ale więcej tam zabawy z muzyką, formą, gdzieś uciekła ta pierwotna energia, której na tym albumie jest kilka ton. Smaczku dodaje właśnie wokal czarnoskórego wokalisty – piszę o tym tylko dlatego, że ewidentnie słychać „czarną” barwę wokalu Kele. No i to tez ciekawa rzecz, że czarnoskóry wokalista jest frontmanem indie rockowej kapeli – przypadek tyleż interesujący, co rzadki.

Jako wycinek moim zdaniem najlepszy z singli – energetyczny „Banquet” oraz spokojniejsze „Pioneers” z interesującą wymową („We promised the world we’d tame it. What were we hoping for?”)

Reklamy

Karuzela z madonną?

Długo myślałem, czy wpisy tego typu na blogu o perfumach mają sens, ale co mi tam – to w końcu mój blog, nie? 😉 Wpisy muzyczne będę wrzucał w weekend – najczęściej będzie to króciutki opis + klip a’propos tego w czym w minionym tygodniu się zasłuchiwałem (i pewnie w czym będę zasłuchiwać się w weekend kiedy czasu na relaks jest więcej).

Nie będę pisał, jak bardzo kocham muzykę, jak wielka to pasja, jak bardzo nie mogę bez niej żyć, bo to wszystko byłoby nieprawdą. Muzykę traktuje bardziej instrumentalnie, jako jedną z wielu małych przyjemności – na równi z poranną kawą, lekturą dobrej książki, czy dobrym filmem – coś bez czego można się obyć, tylko… po co? 🙂

Ostatnio odkrywam na nowo Ewę Demarczyk i jej piosenki. Do odkrycia przyczyniła się przaśna impreza zwana szumnie „Festiwalem Opolskim”, gdzie wśród chłamu i tandety najwyższych lotów, których miałem już nadmiar w zakończonych tydzień wcześniej polsatowskich „Top Trendach” (swoją drogą program i artyści pokrywali się w 90%) trafił się prawdziwy diament – właśnie recital piosenek Pani Ewy. Artystki bardzo charyzmatycznej, nieco mrocznej (zawsze występuje w czarnej sukni, dlatego określa się ją mianem „czarnego anioła” polskiej piosenki), w dzisiejszych czasach pewnie określono by ją mianem „undergroundowej”. Siłą jej piosenek, oprócz niezwykle ekspresyjnych wykonań w oryginale są niesamowite teksty – moim zdaniem jedne z najlepszych interpretacji poezji w muzyce. Każda z piosenek z kultowej już płyty Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego to osobna opowieść, którą można słuchać w nieskończoność. Jako próbkę polecam Grande Valse Brillante (słowa Julian Tuwim) w zaskakującym i pięknym wykonaniu: