Sonia Rykiel Homme Grey

Na początek muszę się wytłumaczyć z dłuższej niż zwykle blogowej nieobecności. Tzn. obecny byłem, ale tylko jako „silent observer”🙂 To hobby ma to do siebie, że jakikolwiek nieżyt górnych dróg oddechowych wyklucza rzetelne pisanie o perfumach. A niestety dopadło mnie. Mam nadzieję, że ten pierwszy raz był zarazem ostatnim w Nowym Roku. Po prawie tygodniowej, bez efektów, kuracji lekowej poddałem się sposobowi domowemu, czyli do jedzenia tylko rosół i tona świeżo przeciśniętego czosnku na chlebie, a ta diabelska mieszanka popita sporą ilością zagrzanego alkoholu🙂. Dzięki temu katar zelżał na tyle, że mogę pokusić się o kolejną „riwju”. Tym razem rzecz mało popularna i daleko rzadziej spotykana od ostatnio recenzowanych pachnidełek.

Sonia Rykiel, znana w świecie mody głównie z zamiłowania do wszelkiej maści pulowerów, nie celuje swoją perfumeryjną produkcją w brzydszą część społeczeństwa. Bo trudno uznać za marketingowy cel kogoś, dla kogo w ciągu trzydziestu kilku lat obecności na perfumowym rynku przygotowuje się jedynie 3 premiery. Jedną z nich jest właśnie Grey zamknięty w charakterystycznym „sweterkowym” flakonie w tonacji, a jakże, szarości. Barwa która poczujemy w otwarciu nie koresponduje jednak zbyt mocno z szarością. To miks cytrusów z jabłkiem oraz anyżem. Z osobna poczuć można jedynie wilgotne yuzu, ale całość jest tak zielona, że bardzo mocno przypomina zapach świeżo zerwanych witek brzozowych – dopiero rozkwitająca zieloność, soki zerwanych z drzewa, połamanych na drobne kawałki patyków. Jest świeżo i zieloniutko – daleko od uczucia szarości. Jednak już po chwili mrok zaczyna „wyłazić”. Nie w postaci kadzideł, drzew, igieł, dymu, a w postaci ciepłej wilgoci. Tak właśnie pachnie Grey! Ciepły wiosenny deszcz w mieście – lekko zakurzone pierwszym „wypustem” pyłków z kwitnących drzew chodniki schłodzone mżawką. Szarość stopniowo się zagęszcza. Nie znaczy to jednak, że robi się ciemniej – po prostu deszcz zaczyna padać co raz mocniej, poziom wilgoci w atmosferze wzrasta, aż w końcu jedynie muśnięte deszczykiem, oleiste ulice zalewa fala z nieba. Im bliżej końca, tym zapach łagodniej, zanadto się nie zmieniając – deszcz stopniowo słabnie i w końcu przestaje zupełnie, ale temperatura nieco wzrasta i cieszymy się ciepłym, delikatnie parującym wiosennym wieczorem.

Ciekawe, że te skojarzenia to właściwie jedyny sposób, żeby opisać „szarego”. Składników podanych w spisie nut, poza ewidentnym yuzu w otwarciu, właściwie nie czuć. Przyprawy? Cyklamen? Tonka? No way. Próba rozłożenia tych perfum na czynniki pierwsze musi skończyć się porażką. Ale czy to źle? Banalnie proste będzie za to opisanie walorów użytkowych pachnidła, tj. trwałości i projekcji – ewidentnych minusów pachnidła. O ile pierwsze 2-3 godziny perfumy operują bardzo wyraźnie, o tyle kolejne 3 godziny musimy się raczej domyślać ich obecności na skórze. Po 6 godzinach czuć już bardzo niewiele. Nie dajcie się zwieść „marketingowej” szarości – nie jest to zdecydowanie ciężki zapach jesienno-zimowy, jedyny mrok i szarość jakie tutaj mamy są zasługą wieczornej, parującej wilgoci. I w tym miejscu trzeba zdecydowanie zaznaczyć, że zapach jest bardzo „plastyczny” – maluje w głowie konkretne obrazy, których ciężko jest się pozbyć. To niewątpliwa zaleta tego pachnidła – daje nam znacznie więcej niż odczucia zapachowe i możliwość prostego rozbioru na części składowe. Czuć tu jednak zdecydowane „niedoinwestowanie”, które przejawia się nie tylko słabą mocą i, co najwyżej, średnią trwałością, ale i delikatną plastikowością wiodącej nuty. Okazuje się, że ulicznym rynsztokiem spływają nie tylko pyłki i mokre listki, ale niestety, od czasu do czasu, trafia się i zgnieciony celofan zdjęty z paczki fajek… Trochę szkoda, bo pomysł był bardzo dobry, ale jeśli chodzi o wykonanie to kilku tysięcy „baksów” ewidentnie zabrakło. Ale pomimo tego, jeśli gustujecie w delikatnych zapachach oraz w zielonych, roślinnych, nieprzesłodzonych klimatach, to kupując Grey będziecie w domu. Wąchając „szaraka” mam również nieodparte wrażenie, że to jakiś daleki kuzyn Cerruti Si. Oczywiście odarty z balsamicznej słodyczy tego drugiego, ale brzozowa nuta i delikatność obu woni jest zdecydowanie wspólnym mianownikiem.

w dwóch słowach: wilgotna wiosna w domach z betonu

Technikalia:

głowa: yuzu, mandarynka, liście pomarańczy, zielone jabłko

serce: gałka muszkatołowa, cyklamen, drewno różane

baza: drewno sandałowe, bób tonka, piżmo

nos: Edouard Flechier

data powstania: 2002

4 thoughts on “Sonia Rykiel Homme Grey

  1. Z próbki którą posiadam ( dzięki) aplikowałam Sonię dwa razy. To były dwa różne zapachy !!! Nie potrafię tego wytłumaczyć , gdyż aplikacja była dzień po dniu więc nie może chodzić o inną porę roku , temperaturę itp. Czyżby kapryśność ?

  2. Pierwsza aplikacja zaczęła się gniecioną zieleniną z dodatkiem czegoś( anyżu?) Później sobie rożne różności na mojej skórze zapach wyczyniał , nawet przyjemne ale ….Otóż przy drugim podejściu , na drugi dzień zielenisty początek się nie pojawił !!! Poczekam kilka dni i znów spróbuję . Sama jestem ciekawa jak zagra za kolejnym podejściem.

    • No z tą zieleniną to by mi się generalnie zgadzało. jak mam skojarzenie około wierzbowe, ale właśnie w takim świeżym zielonym stylu – zrywane świeże gałązki, ale takie co trudno oderwać, bo się łyko ciągnie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s