Geoffrey Beene Bowling Green

Karmą jednego z najbardziej popularnych perfumowych schematów jest przymus używania zapachów ciężkich, orientalnych, zimą. Ja staram się jednak zbaczać z prostych, odgarniętych, równiutkich jak niemiecki asfalt ścieżek. Jednym z zapachów, który nadaje się do tego znakomicie jest drugi w kolejności powstania zapach firmowany przez Pana Geoffreya Beene’a. 10 lat po ostrym jak brzytwa, zielono-fiołkowym Grey Flannel, GB wypuścił na rynek kolejne męskie perfumy. To jak pachną pewnie było w roku 1986 sporym zaskoczeniem, bo w końcu schyłek lat osiemdziesiątych to czas gdy triumfy święciły „bomby” w rodzaju Drakkar Noir czy Bijan for Men, tymczasem GB serwuje nam ciecz o słomkowym kolorze, która nie przywołuje żadnych skojarzeń z machismo, wikingami, nie posiada w nazwie „pour Homme” czy ostrzejszego „for Men” i, o zgrozo, jest nazwana jak trawnik do starożytnej, raczej elitarnej gry (klik)! Coż z tego wyszło?

Bowling Green stara się eksploatować temat przewodni z Eau Sauvage, męskiego klasyka Diora, czyli cytrusy. Popularne wcześniej dzięki klasycznym „kolończykom” nuty zostały w latach 70. i 80. XX wieku może nie tyle zapomniane, co zagrzebane pod tonami lawendy i mchu dębowego. Próba wysunięcia ich na pierwszy plan musiała być więc projektem bardzo odważnym. Tym bardziej, że cytrusy z otwarcia mają efekt wręcz przytłaczający. Nie są to w żadnym razie cytrusy znane z późniejszego wysypu wodnych i ozonowych kopii Acqua di Gio, czyli rozmemłanych w słonej wodzie i kompocie z ananasów i innych „piczy”. Mamy tu przepiękną naturalną cytrynę i to nie w rozwodnionej i słodkawej formie soczku. Choć kwaśnego, to jednak  „cienkusza”. To czyste, skoncentrowane cytrynowe olejki i esencje. To ścierana nad miską ciasta cytrynowa skórka, która przy każdym pociągnięciu tarki wyrzuca w kuchenną przestrzeń chmurkę oleistej substancji. I myliłby się ten, kto autorytarnie stwierdzi – „to potrwa tylko chwilę, do gry muszą wejść cięższe akordy”.  I wchodzą, oczywiście, tyle że są również cytrusowe! Nie są co prawda ujęte tak ostro jak początkowe, ale również zdecydowanie przywołują na myśl cytrusy. Najprawdopodobniej to kwestia użytej tu werbeny. Z czasem świeży chlust nieco się ociepla – z tła zaczynają się wychylać akcenty przyprawowo-korzenne. Są tu więc bardzo wyraźne goździki, który wespół z werbeną stanowią o sercu kompozycji oraz delikatnie pylisty akcent korzennych przypraw, wciąż jednak zalany cytrynową esencją do ciast. Zapach w każdym razie nie jest już tak jednoznaczny jak na początku i bardzo daleko mu do „cytrusowego świeżaka”. Tym bardziej, że na scenę tarabani się nieodzowne dla męskiej perfumerii trio bazy czyli, mniej więcej w przedstawionej kolejności, drzewna ambra, mech dębowy i drewienko. Ten subtelny finisz kończy żywot zapachu na skórze po ok. 6-7h od aplikacji przy zadowalającej projekcji nie zmieniającej się drastycznie z czasem. Nie najgorzej, ale i bez rewelacji.

Podoba mi się w tym zapachu fakt, że stara się łamać konwencje. Niby cytrusowy, ale nie do końca. Skoro cytrusowy, to lekki i rześki, ale też nie do końca. Zasługą przypraw w sercu jest fakt, że nie przybiera na skórze metalicznych odcieni. Ta pozorna eteryczność otwarcia może mylić, bo to naprawdę nie jest lekka, wodna cytrynka na 30-stopniowe upały. Muszę przyznać, że goździki są dla mnie równie wyraźne i charakterystyczne dla BG co ostra cytryna z otwarcia. Lubię go zimą, a w szczególności w okresie świątecznym – woń szczególnie zgrywa mi się z obrazem pomarańczy nakłutej w dużej ilości goździkowymi „banankami”. Cytrusowe perfumy na zimę? Czemu nie! Komu można polecić Bowling Green? Warunek podstawowy – nie można bać się cytrusów w perfumach🙂 Jeśli ich nie znosicie, nie ma najmniejszej szansy, że się polubicie. Tak jak osobie, która mdleje w kościele nie podsuwamy pod nos ciężkich kadzidlaków, tak Ci, na których cytrusy „nie grają”, nie powinni liczyć, że kompozycja tak zdominowana przez cytrynę i werbenę ujawni inne oblicze. Myślę, że osoby, które znają i lubią Eau Sauvage na pewno znajdą coś dla siebie w Bowling Green. Przyznam się, że z powyższej dwójki to właśnie ten, któremu poświęcona jest powyższa recenzja trafia do mnie bardziej.

w dwóch słowach: cytrynowa bomba doprawiona goździkami; cytrusowy zapach na zimę

Technikalia:

głowa: pomarańcza, papryczka Pimento, jałowiec, nuty owocowe, goździki, bazylia, wetiwer, bergamotka, cytryna

serce: gałka muszkatałowa, bylica, cynamon, lawenda, jaśmin, werbena cytrynowa, mech dębowy, szałwia, sosna, kardamon

baza: rozmaryn, kolendra, drewno sandałowe, jodła, ambra, paczula, mech dębu, drewno różane, geranium

nos: ???

data powstania: 1986

10 thoughts on “Geoffrey Beene Bowling Green

  1. Znów coś, czego nie znam. Znowu.😉 Jeśli chodzi o perfumy, mamy klęskę urodzaju. Albo urodziliśmy się zbyt późno.
    Kiedyś ludziom było łatwo: jedna kompozycja zapachowa do końca życia i szlus. Nie to, co teraz.😉
    Za to samo Bowling Green wydaje się godne uwagi. W starym, dobrym (najlepszym🙂 ) stylu.

    • Tylko trzy perfumy przez 40 lat. Bez bezczelnego lansowania się i prób dorabiania mareketingowego publicity do n-tej z rzędu reformulacji sygnowanej dopiskiem „Sport”, „Sport Cologne”, „Intense” i „Sport Intense”…
      Ostatnio myślałem o tym, co piszesz. Weźmy takich angielskich lordów – wydają się nam śmiertelnie nudni, ale prawdopodobnie używali jednych perfum przez całe życie, dzięki czemu tworzyli własny perfumowy podpis. Gdyby mogli wyrazić swoje zdanie o nas, perfumowych maniakach, którzy codziennie pachną czym innym, pewnie stwierdziliby że jesteśmy niestali w uczuciach i rozchwiani emocjonalnie…
      Wracając do Bowling Green – faktycznie jest godny uwagi, ale ty chyba nie „ten teges” z cytruskami?😉 Ze stajni GB pozostało mi do sprawdzenia Eau de Grey Flannel – najmłodszy i ponoć najsłabszy.

      • No nie wiem.. Podobno admirał Nelson wszędzie woził ze sobą kasetkę na pachnidła, dandysi kąpali się w cywecie a cały Wersal namiętnie stosował perfumy (w sumie nic dziwnego, zważywszy na fakt, że kiedy Wersal był u szczytu potęgi i napuszenia, woda była najgorszym wrogiem człowieka😉 ). Więc może wspomniany lord prędzej by pomyślał, że zachowujemy się, jak ludzie starej daty.😉
        Może i „nie teges” ale chęć poznania nie śpi. Mam próbkę Eau de GF, rzeczywiście dość niemrawa.
        Swoją drogą podtytuł „Sport Intense” to olfaktoryczno-lingwistyczne monstrum.🙂 Albo coś jest Sport albo Intense.
        No i wiadomo, że wielkie umysły myślą podobnie. ;))

      • Pomysłowe.😉 Od razu przypomniałam sobie „Tysiąc drzewek pomarańczowych” (rety, ależ to było nudne!).

        Co do artykułu, to czytałam do w wersji papierowej. Szkoda, że Autorka potraktowała temat tendencyjnie. Przebijające się się co chwila założenie, że dopiero w ciągu ostatnich 150 lat odkryliśmy wartość częstych kąpieli jest bzdurne.
        Co wie każdy szanujący się mediewista.😉 Popularności średniowiecznych łaźni miejskich nie nadwyrężyły przesądy czy nauczanie Kościoła katolickiego ale epidemia dżumy w XIV wieku. Wcześniej całe rodziny chadzały do (koedukacyjnych! ;)) ) łaźni przynajmniej raz na tydzień czy dwa. I tak niezły wynik, zważywszy na „osiągnięcia” ich potomków. Na wsiach były banie i rzeki czy jeziora.🙂

      • Też mnie to uderzyło. Zakładam, że smród w rzeczonych czasach rzeczywiście panował niemiłosierny, niemniej jednak od artykułu oczekuję, że postawioną tezę ktoś spróbuje zweryfikować, a nie przyjąć ją za pewnik. Niemniej jednak kilka szczegółów mnie zainteresowało. Na przykład ten o sposobie aplikacji cywetu czy piżma w XIIw.😉

      • Kilka ciekawostek da się z artykułu wyciągnąć.🙂 Szkoda tylko, że nie trzyma równego poziomu.
        Choć w sumie.. Może powinniśmy się cieszyć, że w ogóle coś piszą? Węch trzeba promować!😉

      • haha – nieważne jak, byleby pisali🙂

        Ja bym się jednak nie oszukiwał – artykuły tego typu raczej nie zmienią świadomości zapachowej przeciętnego odbiorcy „perfumy od lakosty” czy targującego się ze straganiarzem nabywcy Boos’a czy innego Firenight’a. Ale może to i dobrze – pozostajemy w awangardzie narodu😉

  2. Z uwagą i przyjemnością przeczytałem Twoją recenzję domurst. Generalnie mam podobne odczucia, jednak sugeruję Ci kiedyś zrobić mały eksperyment. W jednym pomieszczeniu rozpylić trochę Bowling Green, a w drugim – najlepiej obok – Drakkar Noir. Następnie wetknąć nos najpierw do jednego, zaraz później do drugiego i porównać jak pachną oba. Niewykluczone, że drastycznie zmienisz swoje zdanie nt. tego jak BG jest niepodobny do DN🙂

    Poza tym BG to rzeczywiście spora dawka nut cytrynowych (bo cytrusy mam różne, ale tu jednak cytryna przeważa). Jednak dość daleko wypada w porównaniu z Eau Sauvage, głównie ze względu na wyraźną w tym drugim nutę jaśminu i kompletnie inną dynamikę obu zapachów.

    • Przede wszystkim dziękuję za wizytę i komentarz.

      Polemizował nie będę, bo właściwie się z Tobą zgadzam. DN został przywołany jedynie jako przykład pachnidła opartego na cięższych niż cytryna ingrediencjach. Zgadzam się absolutnie, że jeśli chodzi o ideę jaka stoi za zapachem, przebieg, czy, jak to ująłeś – dynamikę, są to zapachy podobne.

      Co do ES – ten z kolei przywołałem jako zapach oparty na akordzie cytrusowym. I ten akord to jedyna rzecz jaka te zapachy łączy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s