Bruno Banani Made for Men

Jak zwykle rozpocznę od rysu historycznego marki, który jest nader interesujący. Otóż specjalizujący się w produkcji bielizny dom mody powstał na bazie zakładów bieliźniarskich VEB Tricotex z Chemnitz. Tym sposobem enerdowska fabryka majtek stała się domem mody🙂 Już sam fakt stworzenia produkcji w byłym socjalistycznym kombinacie może budzić zaciekawienie, jednak w dzisiejszym czasie to nie wystarczy by sprzedać swój produkt. Jak mawiają „reklama dźwignią handlu” i w Bruno Banani mocno na ten kierunek postawili. BB słynie przede wszystkim z przeprowadzania nietypowych testów. Wśród nich znajdują się między innymi testy bielizny podczas 120-dniowego przejścia 10 tys. km poprzez pustynie południowej części Afryki, badanie zachowania materiałów w stanie nieważkości na rosyjskiej stacji kosmicznej MIR czy na dnie morza w warunkach ekstremalnie wysokiego ciśnienia (testy przeprowadzano na łodzi podwodnej na dnie „trójkąta bermudzkiego”). Pierwsze perfumy marki powstały w roku 2000 a ich produkcją zajmuje się jedna z firm należących do koncernu Procter&Gamble, znana przede wszystkim z produktów do pielęgnacji włosów Wella. Firma chwali się, że zapachy powstają we współpracy ze znanymi nosami – Bernardem Elleną i Thierry Wasserem, jednak pod większością z nich żaden z powyższych nie podpisał się własnym nazwiskiem – przypadek?

Made for Men otwiera się czysto alkoholowym akordem. Tak, wiem, że ta nuta występuję w przypadku większości perfum i należy po prostu odczekać kilka sekund aż alkohol – nośnik zapachu – odparuje ze skóry. Tu jednak trwa on zdecydowanie zbyt długo – po pojedynczym testowym pryśnięciu na nadgarstek po ok. 2 minutach nadal jedyne co można wyczuć to spirytus techniczny. Nie wierzę, by perfumiarz komponujący zapach zrobił to świadomie, tak więc ktoś lub coś musiało na pewnym etapie produkcji mocno „nawalić”. To wrażenie miałem za każdym razem podczas trzydniowych prób, więc coś musi być na rzeczy. Jest to o tyle denerwujące, że, przynajmniej na mojej skórze, w całości „wycina” otwarcie. Nie czuć tu ani cytrusowej bergamoty ani tym bardziej charakterystycznej nuty zielonego jabłka. To co podnosi się od skóry po wyparowaniu alkoholu to od razu doprawione słodkawymi, mdławymi owocami nuty wodne, posypane delikatnie pieprzem (w spisie nut go nie ma, co mocno mnie dziwi). I na tym właściwie można by skończyć opis tych „perfum”, bo są one absolutnie liniowe, na skórze nie wykonują żadnych wolt i zmian – to co poczujemy po odparowaniu nieprzyjemnego „wódopodobnego” otwarcia nie zmieni się już do końca. Czyli raz jeszcze – słodkie, doprawione pieprzem, mdławe owoce zanurzone w, a jakże, syntetycznej nucie wodnej, stopniowo przechodzące w woń umieszczonej na słońcu foliówki. To wszystko przy dość mocnej projekcji, co jednak nie jest w przypadku tego zapachu zaletą, bo woń trudno nawet nazwać „ładną i nienachalną”… Ona jest raczej „sztuczna i męcząca”. Na całe szczęście gaśnie dość prędko i po 6-7 godzinach nie czuć już wiele.

Te perfumy to średnia półka nawet w przybytkach typowo drogeryjnych, tak więc, czysto teoretycznie, nie powinniśmy się spodziewać wiele. Jednak szybki przegląd na aukcjach, w sklepach i w e-handlu wskazuje, że wcale nie są one tak tanie, jak tanio pachną. Większość Avon’ów, które pachną zupełnie podobnie (w sensie wykonania, nie podobieństwa zapachów) nabędziemy 2-3 krotnie taniej i otrzymamy podobną jakość. Odpowiedź na pytanie dlaczego ktoś miałby w ogóle kupić te perfumy tkwi w marketingu i otoczce zapachu. Wizerunki reklamowe przedstawiają ogolonego na zero „lowelasa” w towarzystwie biuściastych panienek (jak widać obok nawet twarz czy figura są nieistotne – liczy się tylko duży „cyc”) i zapewne przyciągną niewymagających pseudo-podrywaczy. Butelka utrzymana w khaki-podobnej kolorystyce z doczepioną na srebrnym łańcuchu blachą a’la nieśmiertelnik przywodzi na myśl skojarzenia militarne, co z kolei zaprocentuje i podniesie współczynnik lansu i męskości u kolegów „spod trzepaka”. Wyśmienity zamiennik dla 39. z kolei limitowanego wypustu perfum Adidasa z okazji Mistrzostw Azji w hokeju na trawie. Beznadziejnie syntetyczne, liniowe, nudne, nijakie. Nie polecam.

w dwóch słowach: liniowe, chemiczne popłuczyny, absolutnie nudne i niewymagające

Technikalia:

głowa: bergamotka, rozmaryn, zielone jabłko

serce: nuty wodne, geranium

baza: piżmo, mech dębowy, cedr wirginijski, bób tonka

nos: ???

data powstania: 2010

4 thoughts on “Bruno Banani Made for Men

  1. Zaraz po pojawieniu się pierwszego Bruno Banani – Not for Everybody, zdecydowałem się na zakup.
    Trochę z ciekawości, trochę też dlatego, że przypominał mi Armani Eau Pour Homme.
    Jak zacząłem go używać, okazało się, że podobieństw nie ma za wiele.
    Jednak zapach był całkiem interesujący.
    Nabyłem potem Time to Play for Men.
    W nim dało się wyczuć zapach jabłek z pieprzem i trochę jałowca.
    Czyli duet jabłko i pieprz stał się ich znakiem firmowym.
    Faktycznie, domurst ma rację, cena / jakość jest mało satysfakcjonująca.

    • Tu jabłko jest tylko na papierze. Z innych zapachów BB przelotnie wąchanych w Rossmanach itp. w pamięć zapadł mi jedynie Magic Man – kakaowy, lekko słodki, bez dwóch zdań ciekawszy…

  2. he he wóda w otwarciu… to już wiem czemu trzy dni go testowałeś 8) a tak na poważnie dziwisz się, że nikt się pod takim koszmarkiem nie chciał podpisać? nikt sobie nie będzie szargał reputacji takimi popłuczynami… już sama ” cycata” kampania reklamowa ma odwrócić uwagę od szemranej kompozycji obiecując, że panny same będą się ryć do wyrka… zapach kierowany do ludzi którzy z tą myślą kupują perfumy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s