Geoffrey Beene Grey Flannel

Rozpocznijmy od postaci Pana Geoffrey’a Beene bo to postać nietuzinkowa. Stał się jednym z najsławniejszych amerykańskich projektantów i to pomimo środowiska w jakim się wychował (konserwatywna Luizjana) oraz określonych oczekiwań ze strony rodziny – rodu lekarzy. To właśnie na studiach medycznych Beene rozpoczął projektowanie – sam przyznawał się, że rysunki damskich sukni szkicował podczas nudnych wykładów. W wieku 20 lat przeniósł się do nowego Jorku, gdzie rozpoczął od pracy dla różnych projektantów, by w końcu samemu stać się gwiazdą świata mody i firmować swoim nazwiskiem kreacje w które ubierały się m. in. żony i córki amerykańskich prezydentów. Oryginalność w jego przypadku polegała przede wszystkim na projektowaniu pod „average Joe’s” – nigdy nie próbował „podlizać się” branży, szczerze nienawidził pokazów „na wybiegu” – w latach 90.-ych zastąpił modelki tancerkami, a wraz z nowym millenium całkowicie odszedł od „catwalk shows”. Dom mody Geoffrey Beene nigdy nie doczekał się tytułu finansowego potentata, nigdy nie szafował nazwą i nie dorobił się niewyobrażalnego bogactwa. Co ciekawe jedną z niewielu licencji jakiej firma udzieliła, była właśnie ta na wyroby perfumeryjne. I to właśnie tytułowy bohater dzisiejszego posta jest, i przez długie lata był, głównym źródłem dochodu firmy. I tu kolejna ciekawostka – po śmierci Pana Beene’a w 2004 roku cały (tak, tak – 100%!!!) zysk netto firmy jest przekazywany na działalność charytatywną – badania nad rozwojem leków mających przeciwdziałać rakowi i chorobie Alzheimera, programy edukacyjne, stypendia, akcje przeciwdziałania przemocy domowej. W ten sposób dom mody stał się, de facto, organizacją charytatywną i kupując np. perfumy Grey Flannel możemy być pewni, że nie napychamy kieszeni żądnym szmalu, kasy, oraz jeszcze większego szmalu i jeszcze większej kasy, prezesom mającym więcej wspólnego z agencją reklamową niż prawdziwą modą.

Same perfumy, bo w końcu o nich tu mowa, stały się absolutnym hitem sprzedaży w latach 70. i takimi zostały po dziś dzień. Tak najprawdopodobniej pachniała większość zachodniej hemisfery przed erą „mocarzy” lat 80.-ych i wodniaków lat 90.-ych. U nas zapach wciąż pozostaje mocno niszowy (ha, ha, ha) – pewnie dlatego, że w czasie kiedy był mega popularny, u nas triumfy święciły Wars, Brutal i Przemysławka. Sam zapach rozpoczyna się wytrawnym zielonym, szorstkim, wręcz ostrym akordem gorzkich cytrusów i tak samo gorzkich ziół. Początek jest zaskakujący bo jest, jakby to powiedzieć… Agresywny to chyba dobre słowo – jest tu zieloność, ale bardzo wytrawna. Dominujace na papierze nuty cytrusowe to nie sok i skórka a raczej liście – i to nie ledwo muśnięte palcami i przystawione do nosa, ale wrzucone do miksera i rozdrobnione na mokrą, gorzką zieloną papkę. Jest ostro i zdecydowanie – bardzo charakterystycznie. Ale nie w tym miejscu ukryta jest główna siła tego zapachu. Jestem wprost przekonany, że, jeśli nie dać zapachowi szansy, 90% użytkowników, przyzwyczajonych do współczesnych perfumeryjnych standardów,  „wymięknie” przy otwarciu, zmyje zapach z siebie i nie dotrwa do fazy, która jest esencją, creme de la creme „Szarej Flaneli”. A mowa tu oczywiście o fiołkowym sercu zapachu. W latach siedemdziesiątych oparcie męskiego zapachu na nucie kwiatowej musiało być tyleż odważne, co karkołomne. A jednak, moim zdaniem, udało się rewelacyjnie. Fiołki w sercu zapachu są zwilżone rosą, wciąż delikatnie cierpkie, im dłużej tym bardziej z woni słodkich, kwiatowych, przechodzą w akordy mydlane, świeże, mokre. Nuta fiołka jest obecna do samego końca życia perfum na skórze, czyli spokojnie kilkanaście godzin. Pod koniec zapach otula się w mchy i zieleń wetiweru – przypomina mi trochę w ogólnym odczuciu zapach nagrzanego podziemnego parkingu w deszczowy dzień – parująca, duszna, lekko słodko-gorzka (migdały!) woń wody z opon z delikatną domieszką olejów i etyliny 95. Tą samą, lekko „benzynową” nutę da się wyczuć w innym fiołkowym klasyku – Fahrenheicie Diora, który, dam sobie uciąć dowolną część ciała, MUSIAŁ być w jakimś stopniu zainspirowany tym, z czym do czynienia mamy w zejściu Grey Flannel.

Trochę szkoda, że tak wielki zapach stał się ofiarą bardzo ostrego, nieco medyczno-ziołowego otwarcia. Chyba właśnie dlatego często jest definiowany jako „zapach dla dojrzałego mężczyzny”, czy po prostu „staroświecki”. Na pewno nie można mu odmówić oryginalności – absolutnie nic nie pachnie jak Grey Flannel, chociaż poszczególne jego „fragmenty” da się wyczuć „gdzie indziej”. Mimo zastosowania ingrediencji kwiatowych, zapach jest na wskroś męski, jednak nie w animalnym, pierwotnym stylu, ale raczej w sposób zdystansowany, chłodny.  Na pewno nie dla bujającego w chmurach romantyka – bardziej widzę w nim twardo stąpającego po ziemi urzędnika, niemal służbistę. Nie w znaczeniu osoby ślepo idącej za obowiązującą wykładnią a bardziej osoby profesjonalnej, wiedzącej dokładnie na co może sobie pozwolić i nawet w skrajnej sytuacji potrafiącej utrzymać emocje na wodzy –  człowieka chłodnego, zdystansowanego, niewrażliwego na wpływ otoczenia. Pasuje do klasycznej męskiej elegancji i nie mam tu na myśli tej współczesnej, w gatunku „marynarka na krzykliwy t-shirt”. Osobiście bardzo lubię ich używać w deszczowe dni, niezależnie od temperatury – kojarzy mi się właśnie z charakterystyczną świeżością zmytych letnim kapuśniaczkiem chodników i ulic. Do dostania już od 40zł, choć w perfumeriach przetestować będzie ciężko, a trzeba pamiętać, że nie jest to zapach, który spodoba się każdemu.

w dwóch słowach: klasycznie elegancka męska woda, będąca hołdem dla zapachowego tematu fiołka

Technikalia:

głowa: galbanum, olejek z kwiatu pomarańczy, olejek z liści pomarańczy, bergamotka, cytryna

serce: mimoza, irys, fiołek, szałwia, róża, geranium, narcyz

baza: bób tonka, migdał, mech dębowy, wetiwer, cedr

nos: Andre Fromentin

data powstania: 1975

19 thoughts on “Geoffrey Beene Grey Flannel

  1. Słowo daję, że nic nie rozumiem z tych barwnych opisów poszczególnych zapachów, sam nie rozpoznaję najprostszych nut, chociaż jak każdemu jedne zapachy mi się podobają, innych nigdy bym nie chciał mieć w swoim otoczeniu. Ale Twój blog bardzo mi się podoba, może dzięki niemu uda mi się wreszcie trafić w zapach, który nie położy mnie finansowo, a sprawi że będę zadowolony🙂

    • Dziękuję za miłą opinię. Co do opisów nut, to pomaga tu, po pierwsze, wwąchiwanie się w zapachy natury, po drugie, w same perfumy – im dłużej i im więcej ich „przewąchasz” tym konkretne nuty staną się bardziej ewidentne. Co do zakupów – gorzej jeśli po zakupach w ciemno trafisz jak kulą w płot i wydasz, choć mniej, to jednak, na coś co Ci nie leży. Dlatego też w przypadku zapachów kontrowersyjnych staram się pisać o tym, że mogą wywoływać skrajne emocje i jednego owładnie bez reszty, a u drugiego spowoduje odruch wymiotny😉. A propos Grey Flannel, to jest bardzo specyficzny i trzeba się liczyć z tym, że może nie podejść nawet fanom klasycznych męskich woni.

  2. Heh bardzo dobry tekst domurst😉 nie wiedziałem, że dom mody Benne prowadzi tak bezprecedensową w skali akcję charytatywną… no proszę i znów czegoś ciekawego się dowiedziałem😉

    faktycznie ostre suche i ocierające się o wściekłą agresję otwarcie Grey Flannela może onieśmielać i odstraszać potencjalnego nabywcy… potem szczęśliwie słabnie, ale ponoć decyzję o zakupie perfum podejmujemy w ciągu pierwszych kilkunastu sekund kontaktu z zapachem… dlatego zazwyczaj otwarcie jest najciekawszą częścią całego zapachu i niestety najbardziej ulotną…

    Mam podobne jak Ty wrażenie, że flanela jest zapachem bardzo oficjalnym i trzymającym na dystans… tym zapachem mógłby pachnieć również brytyjski następca tronu, albo jakiś lord, który choć grzeczny i taktowny, to jednak dość chłodno i na dystans trzyma osoby ze swego otoczenia…

  3. Ja też byłem szczerze w szoku. Wynika z tego właściwie, że to nie dom mody a… organizacja charytatywna. Co do samego zapachu – jeśli to otwarcie ma decydować o zakupie, to właściwie nie dziwię się, że nie jest u nas ultra popularny, bo jest ono faktycznie dość trudne. Ale na szczęście nie ono stanowi o wielkości GF-ki🙂

  4. Flanelę rzeczywiście trudno pomylić z czymkolwiek innym. Niemożliwa do przeoczenia, ale dyskretna – kolejna cecha wyimaginowanego jego lordowskiej mości.😉 Lub innego stalowego biznesmena.
    Mam pecha, że ani mnie nie ciągnie do własnej flaszki, a wszyscy mężczyźni z otoczenia, na których „pachnienie” mam jakiś wpływ, odmawiają noszenia Grey Flannel. Trudno; nie wiedzą, co tracą.

    • Dyskretna to kolejne dobre określenie. To nie są ewidentnie perfumy dla szpanującego swoją władzą urzędasa, bardziej dla takiego, który robi swoje z uśmiechem na ustach, ale w oczach ma wypisane „spróbuj mi podskoczyć i zakwestionować moją decyzję synku, a puszczę Cię w skarpetkach”.
      U mnie w domu, też nikt specjalnie za GF nie przepada, ale „katuję ich” w dość regularnych odstępach czasu🙂

      • A mnie to otwarcie nie odstrasza specjalnie. Natomiast później jest juz tylko gorzej………W miarę jak zapach łagodnieje coś takiego się robi z nim ( na mojej skórze i dla mojego nosa) że nie mogę go zniesć.!!!!! Z każdą chwilą bardziej.No i tylko woda z mydłem i szczotka…….Trochę szkoda….

      • Jak widać „de gustibus non est disputandum”, choć wydaje mi się, że dla przeciętnego klienta, dajmy na to, Rossmanna, otwarcie będzie bardziej hardkorowe niż serce i baza.

  5. Miałem ten zapach trzy razy.
    Pierwszy raz kupiłem go w z piętnaście lat temu w perfumerii stacjonarnej.
    Potem, drugi raz, już w internetowej, z siedem lat temu.

    Ostatnią butelkę miałem niedawno.
    Sprowadzona z USA.
    Wydawało mi się, że to nie jest już ten sam zapach.
    Moje przypuszczenia potwierdziły się, jak wczoraj
    powąchałem na koledze. Kupił kilka dni temu w sieci.

    Formuła została zmieniona.
    Jestem tego pewnien.

    • Czytałem na ten temat, ale mam to szczęście, że nie znam wersji sprzed reformulacji. Szczęście, bo unikam rozczarowania, a obecna wersja mi odpowiada…

  6. Pingback: Geoffrey Beene Bowling Green | Opium dla mas

  7. Dziękuję za ciekawy tekst o Szarej Flaneli. Dla mnie to jedna z bardziej intrygujących kompozycji. Znam wersję amerykańską. Niedawno poczułam go w powietrzu na sopockiej plaży obok hotelu Grand, kilka dni zajęło mi odgadnięcie co to za perfumy i skąd je znam. Zatęskniłam do tego zapachu, więc zamierzam go kupić dla siebie… Ciekawe jaki będzie na damskiej skórze🙂

    • A ja dziękuję za komentarz🙂

      Co do flaneli na damskiej skórze, to swojej narzeczonej nie chciałbym tym spryskać😉 Czując Panią noszącą „szaraka”, szczególnie w otwarciu, niechybnie pomyślałbym – herod-baba🙂 Fiołkowe zejście jestem za to w stanie wyobrazić sobie na damskiej skórze. Chętnie przeczytam jaki będzie finał Twoich eksperymentów🙂

  8. Mam i bardzo mi się podoba. Zapach gęsty i ciężki a zarazem intrygujący i niepowtarzalny. Dodatkowo dlugo utrzymuje się na skórze. Raczej wieczorowy. Oryginalna butelka i opakowanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s