Aquolina Blue Sugar

Aquolina to włoska marka, pochodząca z piemonckiej Alessandrii. Ich wyroby, nie tylko perfumeryjne (stawiają równie mocno na kosmetyki do pielęgnacji ciała – płyny do kąpieli, żele pod prysznic, balsamy do ciała) są, bez wyjątków, pozycjonowane w kategorii gourmand. Aquolina na pewno nie jest wynalazcą tego perfumeryjnego nurtu, ale ich dokonania są bez reszty zakorzeniene w filozofii „smakowości” – tym sposobem mamy perfumeryjne hołdy oddane cukrowi, czekoladzie, owocom itd. Wedle tego co udało mi się w sieci wyszperać, ich hitem i absolutnym, dodatkowo promowanym, liderem sprzedaży jest damski Pink Sugar. Niebieska wersja miała być, jak sądzę, dopełnieniem kolekcji i rozciągnięciem jej na męską część populacji. Jedyną, po dziś dzień, męską kompozycją spod ich skrzydeł. Nurt słodkich męskich perfum, rozpoczęty niewątpliwym sukcesem A*Mena (który, notabene, jest dla mnie mało strawny), ma się bardzo dobrze, więc krok wydaje się słuszny. A co z tego wyszło?

Po aplikacji już nuta głowy atakuje bezpośredniością – lukrecja i do tego karmel. Nie jest to jednak gładkie, słodziutkie, ciągnące się toffi, a brązowy, trzcinowy cukier rzucony na rozgrzaną patelnię. Komuś się jednak o tej patelni zapomniało i zostawił ją bez nadzoru. Zapach jednak szybko dał znać o sobie i „przypomniał” o pichceniu – karmel się przypalił, choć to co tu czuć dużo lepiej oddało by słowo „zjarał”. Biada jednak temu, kto myślał że to koniec tak zdecydowanej słodyczy. Nieudolny kucharz, choć to na pozór stracona sprawa, postanowił ratować „danie” – dolał do spalonego na czarno rondla odrobinę wody przyprawionej anyżkiem i lukrecją. No ale dość konotacji kuchennych. Zapach jest, w każdym razie, przez cały czas przerażająco, do zgrzytu zębów słodki. Nawet najmniej słodka baza, która lekko przywodzi na myśl Au Masculin od Lempickiej, to wciąż mocno słodka woń bobu tonka w lepkim, waniliowo-mlecznym karmelu, co przypomina mi nieco wnętrze batonika Milky Way czy innego Mars’a. Gdzieś w głębokim tle czają się nuty drzewne (pewne wspomniany w spisie nut cedr), jednak wyczułem je dopiero na ubraniu na drugi dzień. I chociaż było mniej słodko i jakby przyjemniej, to zapachowe połączenie krówki-ciągutki z drewnem wciąż nie jest, w mojej ocenie, zbyt trafnym miksem…

Mam ambiwalentne odczucia odnośnie tych perfum. Rozpoczynając od strony praktycznej i racjonalnej, to jest to pachnidło, szczególnie dla mężczyzny, totalnie nienoszalne. Naprawdę trudno mi znaleźć sytuację, w której założenie tych perfum mogłoby mieć uzasadnienie. Może jakiś bal przebierańców? Może impreza z okazji Halloween? Na pewno będzie to dobry wybór dla „niebieskich ptaków” kogoś przesadnie wręcz i aż nachalnie oryginalnego, kto chce nie tylko zaznaczać swoją obecność, ale wręcz wprowadzać otoczenie w konfuzję. Taki Michał Szpak! Może tez dla pań, dla których Pink Sugar jest za słodki (tak, tak, damski pierwowzór jest ponoć jeszcze słodszy!). Cały czas mówię to jednak z perspektywy miłośnika nut klasycznie męskich, niezbyt rozmiłowanego w stylistyce gourmand. Takiemu domurst’owi jak wyżej te perfumy nie odpowiadają, nienawidzi ich, nigdy nie założy. Moje wewnętrzne ja podpowiada mi jednak i nakazuje mieć do tej kompozycji szacunek – przede wszystkim za odwagę twórcy. No bo odwagę mieć trzeba niewątpliwie, by ułożyć perfumy (i to w założeniu męskie!) korzystając właściwie tylko z najsłodszych nut. Poza wanilią nie przychodzi mi do głowy nic więcej, co można by dodać by było tu jeszcze więcej „cukru w cukrze”. Zapach jest absolutnie nieposkromiony i nikt nawet nie próbuje udawać, że chciano tą słodycz czymkolwiek przełamać. Do tego jest ona bardzo naturalna, niemal namacalna. Również trwałość i projekcja są porażające – po zakończeniu testów, zapach, mimo prysznica, nie pozwolił mi zasnąć i musiałem umyć się jeszcze raz – dopiero szare mydło załatwiło sprawę. Czyli reasumując – perfumy totalnie nie dla mnie, ale darzę je atencją i odrobiną niekłamanego podziwu. Coś dla tych, którzy uważają, że Lempicka czy A*Men to zbyt zachowawcze pachnidła.

w dwóch słowach: przypalony karmel z dodatkową nutką słodyczy czyli „słodziak” w wydaniu brutalnym🙂

Technikalia:

głowa: mandarynka, bergamotka, karmel

serce: kolendra, paczula, lawenda, lukrecja, anyż

baza: cedr, bób tonka, wanilia

nos: Shyamala Maisondieu

data powstania: 2006

3 thoughts on “Aquolina Blue Sugar

  1. Czytam, czytam i coraz bardziej lubię to miejsce.🙂 Jeszcze raz gratuluję bloga i życzę radości z jego prowadzenia!
    Co do Blue Sugar, ostatnio napadło mnie galopujące perfumowe łakomstwo, wiec miałam okazję poznać męską wodę Aquoliny. Okazało się, ze na kobiecej skórze karmel jest słodki, ale nabiera nieco więcej anyżowej goryczki i w ogóle przyprawowego „pazura”. W sumie BS jest wielce obiecujący. jedyne, co mnie w nim drażni, to jawna chemiczność, jakiś cień zapachu szkolnego laboratorium. I pewnie z tego powodu nie będę zabijać się o własny flakon.😉 W każdym razie, czysto pragmatycznie nie dziwię się, że zapach świata nie podbił.
    Pozdrawiam

    • Myślałem, że Wiedźmy nic tylko złorzeczą, narzekają, rzucają uroki, a ta wyżej tylko łechta zakrzywionym pazurkiem. Miło🙂 A wracając do perfum, to ja też tą goryczkę o której piszesz czuję, ale na mojej skórze to raczej nie przyprawowość, a gorycz spalenizny. Dodam, że jakoś ciężko mi się dowąchać chemiczności w BS – aromaty są tu dla mnie aż zanadto naturalne i właśnie dlatego nie mogę zdobyć się na noszenie ich – nie chcę pachnieć jak stoisko z watą cukrową (przypaloną, a jakże). Niemniej jest też tak jak napisałem w recenzji – mam do tej kompozycji pewien rodzaj respektu.

  2. OMG… czy może być coś słodszego i bardziej upierdliwego niż a*men Muglera?
    Czy chcesz mi powiedzieć, że nakręcono kolejną część olfaktorycznej traumy z jeszcze bardziej pokręconą formułą?…
    Czytając Twój sugestywny opis odniosłem wrażenie że oto czytam recenzję perfumowej wersji piły 3/4/5… z kolejną częścią coraz bardziej niesmaczną, odjechaną i przepełnioną wyrafinowanym sadyzmem ku uciesze rozchichotanych nastolatków…
    ok można lubić słodkie nuty, ale w tak hardcorowym wydaniu prawdopodobnie zdecyduje się na jej użycie jedynie chłopak Joli Rutowicz…. jemu wypada…

    Ale z drugiej strony każda potwora… prawdopodobnie w naszym postklasztornym zaścianku perfumowanie się słodkościami jest pass, może to kwestia kultury, systemu wartości i ogólnych uwarunkowań społecznych, lecz i ja nie odważyłbym się pachnieć w taki sposób…
    ale całkiem możliwe że na innych szerokościach geograficznych, ludzie preferują właśnie takie słodkie akordy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s