Kenzo Jungle Homme

Kenzo to paryski dom mody, jednak z ewidentnie orientalnym, dalekowschodnim sznytem z racji na pochodzenie założyciela, Pana, nomen omen, Kenzo Takady. Perfumowe dokonania marki nie są może tak bogate w tradycję jak innych „wielkich” paryskiego świata mody – pierwsze perfumy Kenzo powstały w 1988 roku. Jednak Kenzo znalazło pewną niszę, w której, moim zdaniem, są niekwestionowanymi nowatorami. Mam tu na myśli konceptualność. Każdy ich zapach to dzieło sztuki konceptualnej mające ewokować skojarzenia z przedmiotami, miejscami, momentami, żywiołami. Stąd serie poświęcone powietrzu, wodzie, kwiatom, drzewom. W tą koncepcję idealnie wpisuje się seria o „dżungli” – w niej damskie pachnidła o bardzo obrazowych podtytułach – słoń i tygrys, oraz wersja skierowana do mężczyzn. Choć bez epatowania nazwą, to jednak butelka z charakterystycznym dwukolorowym „irokezem” ewidentnie naprowadza na zebrę. Jak wiadomo, zebry w dżungli nie mieszkają🙂 ale skojarzenie z tym zwierzęciem, jak się domyślam użyte z pełną świadomością, mówi o zapachu wiele.

Otwarcie, będące wg spisu nut połączeniem nut cytrusowych i mate, pod wpływem połączenia składników daje, jakże różne od ich osobnych woni, wrażenie. Nuty są z pozoru sprzeczne – cierpkie, metaliczne cytrusy i ciepła, nieco pylasto-kminowa woń mate. Razem jednak układają się w świeżo-ostry miks przypominający nieco znaną z Opium Homme od YSL nutę galangi – imbiropodobnego kłącza szeroko stosowanego jako przyprawa kuchni tajskiej. Tym sposobem jest jednocześnie ostro, pieprznie oraz słodko. Z czasem zapach zaczyna się przechylać w tym ostatnim kierunku. Nie jest to jednak w żadnej chwili słodycz monotematyczna, cukrowa, karmelowo-ulepkowa. Niosą ją przyprawy – gałka muszkatołowa i, choć brak go w nutach, kardamon – daję sobie uciąć dowolną część ciała, że został użyty. Właśnie ta przyprawowa mieszanka plus  kwiatowe i, delikatnie ostre, pieprzno-imbirowe dodatki decydują o orientalno-przyprawowym charakterze i ogólnym wydźwięku zapachu. Na tym etapie dżungli nie ma wcale – jeśli już promować skojarzenia „lokalizacyjne”, to jest to zdecydowanie sawanna. Nie w porze deszczowej, ale już spalona słońcem, przysuszona, na której po każdym przebiegnięciu zdążającego do wodopoju stada zebr i antylop, spod ich kopyt podnosi się pył i kurz ze zmieszanej ziemi i wysuszonych na wiór traw i kwiatów. Słodkość, ale w przyprawowym, pylastym wydaniu. Ktoś zapyta – gdzie w tym wszystkim tytułowa dżungla? Dżungla rozumiana jako nieokiełznana plątanina drzew, lian, gałęzi, pnącz. W tym wydaniu się jej nie doczekamy, ale las, drzewność, są ewidentne w bazie zapachu, gdy już wysłodzony przyprawowy pył opadnie. Ten las to jednak wciąż orient – słodki, wilgotny, duszny. Pierwsze skrzypce grają tu ciężkie akordy gwajakowca i benzoiny – jest więc drzewnie w żywicznym, przyciężkim, momentami nawet w dymnym stylu. Zapach kończy swój żywot po ok. 8-9 godzinach od momentu aplikacji. Siłę projekcji wytraca wraz ze wzrostem funkcji czasu, jest to jednak pachnidło raczej stonowane.

Te perfumy są fantastyczne. Choć „dżungli” nie ma tu wiele, to jednak oddają atmosferę Afryki. Nie, tzw. Czarnej Afryki z lasami równikowymi i długą pora deszczową, ale jej wschodniego wybrzeża, gdzie od wieków mieszają się wpływy afrykańskie i arabskie. Tak może pachnieć targ w Zanzibarze, Dar-es-Salaam, Nairobi czy innej Mombasie – kurz, pył, zapachy przypraw, potraw, egzotycznych owoców i warzyw w warunkach afrykańskiej, dusznej wilgoci. To właśnie przyprawowy orient podszyty jednak „afrykańską” drzewną bazą. Za kompozycją stoi sam Olivier Cresp – autor takich perfumiarskich „hiciorów” jak Angel czy kobiecy Light Blue od D&G. Nadawać się będzie dla każdego, niezależnie od wieku, chcącego dotknąć i przez chwile poczuć ciepłą, afrykańską atmosferę. W wysokich temperaturach użycie jednak niewskazane, a jeśli już, to w bardzo umiarkowanych ilościach – słodka „pylistość” może dusić. W naszych perfumeriach stacjonarnych zapach jest, niestety, od dłuższego czasu niedostępny, więc możliwość wypróbowania jest mocno ograniczona. Myślę jednak, że spodoba się każdemu miłośnikowi kompozycji orientalno-przyprawowo-drzewnych. Jeśli boicie się ryzyka kupna dużego flakonika w ciemno (dostępne właściwie we wszystkich większych perfumeriach internetowych od 130zł w górę za 100ml), musicie polować na 5ml miniaturki na allegro – pojawiają się raz na jakiś czas w przystępnych cenach.

w dwóch słowach: orientalny przyprawowiec, słodki i ostry jednocześnie, „signature scent” sawanny i kulturowego misz-maszu Wschodniej Afryki

Technikalia:

głowa: limonka, mate

serce: gałka muszkatołowa, nasiona malwy piżmowej

baza: cedr, benzoina, gwajak

nos: Olivier Cresp

data powstania: 1998

5 thoughts on “Kenzo Jungle Homme

    • Chętnie podzieliłbym się próbką, ale swoją miniaturkę parę dni temu opróżniłem do dna. Teraz zastanawiam się nad flakonikiem. Zapach naprawdę zacny.

  1. bardzo fajnie opisany zapach, wszystko podane logicznie, czyta się przyjemnie, nie znam zapachu i po opisie czuję się zachęcony, cóż mógłbym więcej dodać, chyba tylko powodzenia w dalszej podróży na blogu ;]

    • Ja na Twojego bloga zaglądam od dawna i nie ukrywam, że był jedną z inspiracji do utworzenia swojego, choć będę to robił, jak sama nazwa wskazuje, trochę inaczej. Pozdrawiam i zapraszam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s