Jil Sander Sun Men

Po dłuższej przerwie (ach, te obowiązki) witam w kolejnym cyklu serii pt. “byłem, widziałem, nie chcę wracać”. Ten wstęp zdradza już, co o tytułowym pachnidle myślę, jednak jego mizeria jest na tyle duża, że aż się prosi by wspomnieć to razy kilka i to pogrubionym drukiem. Tym bardziej, że nadzieje miałem całkiem spore, ponieważ damską wersję, wprowadzoną na rynek sporo wcześniej od Sun Men, uważam za zapach wybitny – jeden z najlepiej oddających atmosferę i zapachy wakacyjnego, słonecznego wschodu. Nie takiego spod znaku Bejrutu, Bombaju, czy Waranasi, a raczej ucywilizowanego w nowoczesnym hotelowym stylu i bogatego w żółciutki piasek palmy – Phuket i Goa pasują tu chyba najlepiej. No ale nie o Sun tu mowa, a o jego męskim odpowiedniku, który okazał się być pachnidłem zaskakująco słabym.

Już otwarcie najlepiej nie zwiastuje. Pal sześć słodkie cytrusy, pal sześć jak zwykle rozwadniający nieco obraz całości rozmaryn. Otwarcie Sun Men to hołd oddany współczesnej chemii użytkowej spod znaku Methylbenzodioxepinone (kto ciekawy szczegółów techniczny na wikipedii doczyta w czym rzecz). W praktyce dostajemy tu ozoniczno-owocowo-wodny miks przypominający woń jednorazowej torby foliowej leżącej w dosychającej już w pełnym słońcu kałuży. Jest “żar tropików” – woda i słońce, niestety palmy brak. OK, mówię sobie, zdarza się, dalej gorzej być nie może. No i nie jest, ale i lepiej wcale się nie dzieje. Serce zapachu skrywające cień chemiczno-wodnej bryzy to męska przyprawowa sztampa, czyli kardamon plus gałka muszkatołowa. Końcówka niestety dopasowuje się zapachowo i materiałowo do całej reszty. Nadal wyraźnie czuć, że zapach zbudowano przy użyciu składników niemal wyłącznie syntetycznych, tym razem do ataku na zmysł powonienia przechodzi dywizja broni biologicznej spod znaku szarej ambry, znanej w kręgach miłośników chemii jako C16H28O. Dzięki pokładom syntetyków zapach jest trwały – w duszny letni dzień przetrwał na mojej skórze grubo ponad 8 godzin. Projekcja również nieprzypadkowo mocna, może nie na miarę iperytu, ale zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych, z założenia letnich, zapachów.

Musiałbym być szaleńcem, żeby komukolwiek ten zapach polecić – to na wskroś sztuczne perfumy bez choćby cienia naturalności. Można by to oczywiście wybaczyć, bo syntetyczny nie oznacza dla mnie automatycznie zły, pod warunkiem jednak, że nie powiela utartego schematu i próbuje odkryć niezbadany dotąd zapachowy temat. Tu jednak nie dość, że jest sztucznie, to jeszcze nijako – ot kolejne nudne, quasi owocowo-przyprawowe pachnidełko. Czuć marne składniki i niespotykane przez mnie od dawna ilości syntetycznych akordów. Przeznaczenie tego zapachu również pozostaje dla mnie nie odkryte – na tyle pozbawiony klasy, że na wieczór się nie nada, za to w ciągu gorący dzień chemia wyłazi z niego tak, że aż dech w piersi zapiera. Kiedy go używać? W środku mroźnej zimy??? Jeżeli już szukacie czegoś w klimacie “żaru tropików”, gdzie czuć rozgrzany piasek, szum palm, a także mleko kokosowe i słodki sos z ananasa, które za dolara poda wam śniady hinduski chłopiec, pozostańcie przy wersji damskiej, która spokojnie nadaje się do założenia na męską skórę (sprawdzałem na swojej, grubej, uodpornionej dużą ilością “barbershop scents”  ;) ).

w dwóch słowach: niewiele warta chemia użytkowa powielająca najbardziej utarte schematy współczesnej perfumerii

Technikalia:

głowa: bergamotka, rozmaryn

serce: kardamon, gałka muszkatołowa

baza: ambra, cedr

nos: Béatrice Piquet / Alain Astori

data powstania: 2004

Perfumowa manufaktura aleksandra

Na Perfuforum powstał swego czasu wątek w którym zastanawialiśmy się, czy wykonanie perfum z naturalnych olejków w domowym zaciszu jest możliwe i czy tak przygotowane kreacje mogą być czymś więcej niż tylko eksperymentem. Kilku forumowiczów postanowiło sprawdzić to praktycznie i zajęło się miksowaniem olejków. Jednym z nich jest aleksander, który wykonał kilka zapachów i dostarczył je użytkownikom forum. Jestem jednym ze szczęśliwców i obiecałem aleksowi recenzję którą niniejszym czynię :)

Do testów otrzymałem póki co dwa zapachy. Jak zapewnia aleksander zostały one wykonane, każdy z osobna, w ilości ledwie kilku mililitrów – ot prawdziwa nisza! Wedle zapewnień stężenie olejków w poszczególnych mieszankach oscyluje wokół 15-20% więc jest to coś na pograniczu EDP/Parfume. A jak pachną?

Pierwszym z zapachów, które powąchałem był “Pikantny Wetiwer”. Na początek oddajmy głos autorowi:

“(…) w próbce z wetiwerem poszedłem na całość.
Wyobraziłem sobie, jaki ja chciałbym nosić wetiwer.
Dodałem sporo pieprzu żeby niósł kompozycje jak najdalej.
Cyprys podkreśla surowość pieprzu, jak i wetiweru. (…)”

Zacznijmy od drobnego, acz istotnego szczegółu – nazwa jest bardzo trafna i doskonale oddaje co się dzieje w przebiegu zapachu, choć na fabrycznym opakowaniu w Douglasie, najlepiej pasowałoby “PIKANTNY wetiwer”. A to dlatego, że pierwsze 15 minut jest tak ostre i zdecydowane jak nic co do tej pory wąchałem. Najpierw eukaliptus z cyprysem, co daje nieco “gumowe” wrażenie. Chwilę później dołącza się pieprz i to on jest głównym bohaterem tej kompozycji, stąd pikantność w proponowanym tytule pogrubiona. Całość wierci w nosie i może przywodzić na myśl skojarzenia kamforowe. Serce jest szałwiowo-kadzidlane, mocno ziemiste – podoba mi się. Tytułowa wetiweria w końcu pojawia się w bazie. Jest bardzo delikatna, raczej sucha i ziemista i trochę ginie w pieprznej ostrości zapachu. Gdybym miał oceniać zapach w skali 1-5 dałbym mu 3. Po części dlatego, że eukaliptus i jego gumowa natura, to jeden z moich znienawidzonych składników (patrz recenzja Body Kouros), po drugie dlatego, że pieprzu użył aleksander jednak, jak na mój gust, kapkę zbyt wiele i za bardzo dominuje nad resztą kompozycji, nawet po kilkutygodniowej maceracji…

Drugim zapachem jaki dostałem jest “Krzemień” i tu też na początek aleksander i jego koncept:

“Skały rozgrzane od słońca, pocierany o siebie krzemień,
ciepły piasek, popękana z gorąca ziemia.”

W tym przypadku trudno uciec mi od skojarzeń z innymi znanymi mi perfumami, gdyż podobieństwo jest tak ewidentne jak tylko można sobie wyobrazić. Chodzi mi o “Nike Green Storm”. Swego czasu tak napisałem na forum o tych perfumach:

“(…) zieleń, ale mocno przyschnięta, na krzemiennym podłożu (krzemienność, mineralność to właściwe słowa). Dalmacja, początek lipca, rozkwitła wiosną, zielona makia masywu Biokovo zaczyna już wysychać. Na poziomie morza 32 C w cieniu, ale i tu, kilkaset metrów wyżej, słońce niemiłosiernie praży – na szczęście zbocze owiewa mocna Bora. Chcąc uciec od skwaru przedzieram się w górę suchą jak pieprz ścieżką depcząc zeschłą trawę i zioła wymieszane z wapiennym żwirem. “

To było o GS, ale równie dobrze można ten ustęp zacytować opisując “Krzemień”. Różnice oczywiście są, niemniej jednak zapachy mają ten sam, wapienno-mineralny charakter. W dziele aleksa otwarcie przybiera postać musującej lemoniady. Uwielbiam przysuwać nos do szklanki kiedy wrzucam do wody tabletki rozpuszczalne w rodzaju “plussssz” – tak mniej więcej pachnie otwarcie “Krzemienia”.  Serce jest ziołowo-żywiczno-iglasto – aleks używa olejku z kanarecznika – pozyskuje się z niego tzw. żywicę elemi i zdaje mi się, że to ten składnik odpowiada za tą fazę. No i zdecydowane, bardzo iglasto-cedrowy finisz. Krzemienność obu wspomnianych kompozycji jest ewidentna i nazwa dobrana jest idealnie (choć “Wapień” też by się nadała). Właściwie te perfumy to wersja “intense” Green Storma – 3x większa moc i projekcja i większa dosłowność, bez rozmijania się z wątkiem przewodnim po drodze, czyli takie 100% krzemienia w krzemieniu. Gdybym miał w drogerii do wyboru obie wersje wybrałbym zdecydowanie “Krzemień”. Jestem na tak. Duże tak! 6/5!  Tym bardziej, że czas działa tylko i wyłącznie na korzyść tych perfum. Po kilku tygodniach zapach zdecydowanie się zaokrąglił, nie jest już tak dosłowny, molekuły mocniej się ze sobą związały i dużo trudniej wyłapać poszczególne nuty (aleksander dołączył ich spis, ale nie będę go tu z oczywistych względów podawał). Szczególnie otwarcie zyskało na wyrazie – dużo wyraźniej czuć pomarańczę, czyli słoneczny aspekt, o którym pisze twórca. Już żałuję, że muszę się rozstać z małą fiolką, ale nie mam sumienia zachowywać ich tylko dla siebie i zapozna się z “Krzemieniem” kolejny forumowicz (czekam na komentarz do niniejszego posta ;) )

Oba zapachy są, jak to ktoś na forum trafnie określił – “surowe”, choć wraz z upływem czasu i związaniem się ze sobą składników wyraźnie się ta surowość zaciera. Choć nadal, w żadnym wypadku,  nie są to rzeczy jakie możemy powąchać w Rossmanie… Przy okazji upadł też w moich oczach mit powielany przez producentów o konieczności używania składników syntetycznych, które mają, rzekomo, utrwalać zapach – projekcja zapachów aleksa jest na niesamowitym poziomie – w domowym zaciszu czuć go w innym pomieszczeniu niż to w którym aplikujemy i to chyba wystarczy za komentarz. Sama trwałość to ok. 10 godzin, a więc przewyższa niejedne dostępne w sklepach chemiczne popłuczyny. Sama konsystencja perfum jest dość oleista i z tego wnoszę, że stężenie olejków jest dość wysokie. Myślę, że dodatkowe rozcieńczenie mogłoby trochę wygładzić oba zapachy i ucywilizować, choć mi nie jest to potrzebne, bo dla mnie, szczególnie “Krzemień” jest wyjątkowo noszalny. Zupełnie szczerze, uważam, że gdyby wykonać małą prowokację ;) polegającą na podszycie się pod PR “nowej, nieznanej na rynku niszowej manufaktury perfumiarskiej” i rozesłać próbki po naszej perfumowej blogosferze nikt nie skapnąłby się, że to perfumy zrobione w domu przy użyciu kilku dostępnych powszechnie olejków. Ja w kazdym razie dziękuję aleksandrowi i liczę, że nie był to jedynie jednorazowy eksperyment a zapowiedź czegoś więcej…

Coś osobistego…

Dzisiejszy post to odpowiedź na zaproszenie do zabawy, którą wymyśliła (i wspaniałomyślnie postanowiła mnie do niej włączyć) Wiedźma z Podgórza, autorka fantastycznego bloga pt. „Pracownia alchemiczna”. Sekundę przed publikacją poniższej wiadomości pomyślała o mnie i Sabbath z “Sabbath of Senses” tak więc, mam nadzieję, i jej czynię zadość umieszczając poniższy mini-wywód :)

Zabawa dotyczy pasji czytelniczej. Jej główną zasadą jest udzielenie szczerej odpowiedzi na parę totalnie niedyskretnych pytań :)

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej? Właściwie jest to bez znaczenia. Najchętniej czytam kiedy mam na to czas i ochotę :)

Gdzie czytasz? Jestem tradycjonalistą i czytam klasycznie – przy biurku lub w łóżeczku. W miejscach publicznych, środkach komunikacji miejskiej etc. nie mam okazji bywać na tyle długo by delektować się tam lekturą.

W jakiej pozycji najchętniej czytasz? Wyjątkowo bezczelne pytanie :) Po lekturze odpowiedzi na poprzednie, na te odpowiedź będzie oczywista.

Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej? Nie jestem specjalnie wybredny i czytam właściwie wszystko. Staram się w kolejnych partiach z biblioteki (maksymalnie 3 książki) wypożyczać dwie pozycje typu „fiction”- jedna rozrywkowa, jedna ambitniejsza oraz trzecią z gatunku „non fiction”/popularnonaukowa. Wszystkie pochłaniam z równym zainteresowaniem, a to po którą akurat sięgam zależy głównie od nastroju i okoliczności w jakich czytam. Dużą pomocą służy mi serwis biblionetka, działający na zasadzie „polecanek”, dzięki którym dokonałem kilkunastu fantastycznych książkowych odkryć (tu link, do mojego profilu gdyby ktoś był ciekawy – http://www.biblionetka.pl/user.aspx?id=19302). Zdecydowanie łatwiej byłoby mi napisać jakie książki czytam niechętnie. Tu jednoznacznie stawiam na tzw. „twarde SF” i szeroko pojętą literaturę kobiecą.

Jaką książkę ostatnio kupiłaś/kupiłeś albo dostałaś/dostałeś? Moje czytelnictwo w 95% oparte jest na zasobach, skądinąd bardzo interesujących i szerokich, mojej lokalnej, miejskiej biblioteki publicznej. Książki kupuję więc niezmiernie rzadko, zdecydowanie częściej dostaję. Ostatnią, która została mi podarowana, jest znaleziona pod choinką „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię” Roberta D. Kaplana. Zbiór reportaży/esei pokazujący tło historyczne napięć i konfliktów na Bałkanach.

Co czytałaś/czytałeś ostatnio? Przed chwilą napisałem, że Science Fiction nie jest moim ulubionym gatunkiem. Zdarza mi się jednak po takie książki sięgać skuszony pozytywnymi recenzjami. Ostatnio był to „Blade Runner” Philipa K. Dicka i już zamówiłem w bibliotece kolejne pozycje autora. Takie SF mógłbym czytać dzień w dzień. Tu opisy przyszłości i jej technologii są jedynie tłem, bardzo zresztą ważnym, dla rozważanego problemu kondycji i natury człowieka.

Co czytasz obecnie? Bardzo często czytam dwie książki jednocześnie, co by nie nosić ich ze sobą „tam i nazad”. Wiedźma w takiej właśnie chwili mnie przyłapała. W szufladzie biurka mojego stanowiska pracy leży w tej chwili pozycja pt. „Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne” – naukowa, acz przystępnie napisana rozprawa Mariusza Czubaja, której tytuł mówi wszystko. W domu akurat padło na literaturę rozrywkową – Caleb Carr „Alienista”. To mroczny thriller/sensacja/kryminał osadzony w realiach XIX w. Nowego Jorku, takiego jaki widzimy w filmie „Gangi Nowego Jorku”.

Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są? Nigdy nie miałem w zwyczaju zaginać rogów, choć zdarza mi się, tu uprasza się fanatycznych bibliofilów o sięgnięcie po walerianę, kłaść książkę, o zgrozo, do góry grzbietem! Zazwyczaj jednak używam zakładek, a właściwie ich erzaców. Prym wiodą potwierdzenia transakcji kartowych oraz oderwane fragmenty będącego pod ręką arkusza papieru ksero, ale to nie reguła. W „Alieniście” tkwi w tej chwili „prawie-elegancka-zakładka” w postaci tekturki ze sznureczkiem dołączonej do niedawno zakupionej pary jeans’ów :)

E-book czy audiobook? Jedyne zastosowanie dla „użytkowania” audiobooka widzę w sytuacji długiej i dalekiej podróży samochodem. Swego czasu 4 razy w tygodniu musiałem pokonywać dwustukilometrową trasę i sporadycznie używałem wspomnianych wyżej. Nie były one jednak tak popularne jak teraz, dostępne była mała ilość tytułów, do tego w nudnawych aranżacjach. Wobec powyższych preferowałem poszerzać swoje horyzonty muzyczne i przesłuchiwać nie zgrane jeszcze płyty. Teraz z kolei jedyną okolicznością, kiedy takie podróże odbywam jest wyprawa wakacyjna na ukochane Bałkany. Wtedy jestem tak podekscytowany, że wolę „ryczeć” w takt znanych i lubianych piosenek. E-book? Temat u mnie jak najbardziej na czasie. Kilka tygodni temu poważnie zastanawiałem się nad kupnem czytnika. Rozważałem za i przeciw, ale zwyciężył czynnik ekonomiczny. Jak już wspomniałem gros moich nowych odkryć czytelniczych pochodzi z biblioteki (czytaj „jest bezpłatna”). Po zakupie czytnika aby usensownić jego zakup musiałbym zacząć książki kupować. Tak, tak, wiem, wiele osób kupuje czytnik właśnie po to, żeby za książki NIE płacić ;) Ja jednak takiemu podejściu mówię zdecydowane NIE! A skoro miałbym płacić, to po co, skoro mogę je mieć za darmo? Reasumując, jednego i drugiego nie używam, dlatego jakakolwiek inna odpowiedź niż „nie wiem”, byłaby równie sensowna jak moje dywagacje, czy moim kolejnym prywatnym odrzutowcem będzie Boeing czy Airbus.

Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

Pamiętam, jak w czwartej czy piątej klasie podstawówki (jeszcze tej starej, 8-klasowej) wymienialiśmy się własnymi pamiętnikami. Oczywiście oprócz własnego wpisu przeglądało się te poprzednie, „czyjeś” i pod pytaniem o ulubioną książkę 90% wpisów pokrywało się – „Dzieci z Bullerbyn”. Przy mrocznych „Antku”, czy „Janko Muzykancie” ta książka musiała robić wrażenie, nie ukrywam, że także i na mnie :) Natomiast innym utworem jaki do dziś pamiętam, była jedna z baśni Andersena – „Krzesiwo”. Któreś z rodziców nieopacznie mi ją przeczytało (pewnie dlatego, ze jest jedną z krótszych ze zbioru) i od tej pory często o nią prosiłem. Ciekawa sprawa jak na pięcio- czy sześciolatka, tym bardziej, że, w telegraficznym skrócie, jest to rzecz o żołnierzu, który za konszachty z czarownicą i nazbyt częste nocne wizyty u pewnej księżniczki zostaje skazany na powieszenie :)

Którą z postaci literackich cenisz najbardziej? Nie mam niestety ulubionej postaci. Jestem zdania, że im bardziej charakterystyczny bohater, tym, niestety, bardziej przerysowany i mniej prawdziwy. Dlatego łatwiej będzie mi wskazać określony typ osobowości niż konkretne indywiduum. Stawiam na postaci w rodzaju męskich bohaterów „współczesnych” powieści Pamuka. Młodzi, poszukujący, rozdarci między przywiązaniem do tradycji a pędem „ku nowemu”, jak Osman z „Nowego Życia”, wszystkie postaci z kapitalnego „Domu Ciszy” tego samego autora., albo Kemal z kairskiej trylogii Mahfuza. Inny typ, którego rys charakterologiczny mi odpowiada to postać typu „kafkaesk”– czyli zagubiona, osaczona przez schierarchizowaną strukturę.

Uff… To by było na tyle. Jeśli macie ochotę podyskutować lub chcecie poznać odpowiedzi na jeszcze dyskretniejsze pytania ;) zapraszam do komentarzy oraz na priv. Natomiast zgodnie z łańcuszkowym charakterem zabawy, chciałbym poznać odpowiedzi na w/w pytania szanownych fellow blogerrów:

- magdulenki piszącej o jej “szkiełkach”

- belora z “pachnącego bloga belora”

- Niszki z “Perfum Niszowych”

- piratha z “perfumomanii”

Cartier Pasha de Cartier

Dzisiejszy wpis dotyczyć będzie perfum będących przedłużeniem zegarkowej kolekcji Cartier’a. Pasha to jedna z legend męskiej sztuki zegarmistrzowskiej i jubilerskiej i, przy okazji, jeden z pierwszych prawdziwie wodoodpornych zegarków w historii. Nazwa nie jest tu przypadkowa, ponieważ proces projektowania i produkcji odbywał się we współpracy z paszą Marakeszu, który w swej próżności zażyczył sobie zegarka, którego nie musiałby ściągać do kąpieli w przypałacowym basenie. W ten sposób powstał ponadczasowy model, który czerpał wiele z wzornictwa ówczesnych egzemplarzy produkowanych dla wojska a używanych przez kadrę oficerską. Łączył wojskową prostotę będąc jednocześnie odpowiednio eleganckim i w pełni wyrażającym klasę i styl noszącej go osoby. W czasach zdominowanych przez marketing szefostwo Cartiera postanowiło odkurzyć tę zapomnianą nieco historię i w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia stworzyło całą serię czasomierzy wzorowaną na oryginale. Władczy, nieco toporny design zyskał sobie grono wielbicieli wśród celebrytów, których przyciągnęła uniwersalność formy, współgrająca znakomicie tak z wytwornym smokingiem, jak i bardziej sportowym look’iem (mam tu na myśli oczywiście klasyczną sportową męską elegancję, tak więc raczej ubrania do gry w golfa i w polo niż dresy do joggingu i na siłownię :) ). Dopełnieniem kolekcji miały stać się wylansowane w 1992 roku perfumy. Czy to rzeczywiście zapachowe ucieleśnienie paszy, czyli, z tureckiego, człowieka o wysokiej pozycji, majętnego?

W otwarciu Pashy nie sposób nie wyczuć ostrego, wiercącego aromatu kminku, i choć w spisie składników nie brakuje typowych dla otwarcia męskich zapachów cytrusów i lawendy, to jednak nie dajcie się zwieść, bo jest ono jednoznacznie przyprawowe. Ten charakter tylko wzmaga bardzo wyraźna mięta, która delikatnie zmiękcza i nadaje świeżości ostrej nucie. Musze przyznać, że bardzo przypadł mi do gustu start tego zapachu – jest osadzony w jednoznacznie męskim stylu lat osiemdziesiątych. Trzeba jednak pamiętać, że zapach powstawał już w czasach kiedy siła rażenia arsenałów atomowych zimnej wojny przestawała mieć znaczenie. Można o tym jeszcze na chwilę zapomnieć gdy do głosu dochodzi naprawdę agresywna woń kolendry. Pisząc agresywna mam to naprawdę na myśli – w pewnym momencie kolendra gra tu monodram nie dając dojść do głosu żadnym innym nutom – jest zdecydowanie szorstko. Osobom stroniących od aromatu tej przyprawy odradzam jakiekolwiek eksperymenty z opisywanym pachnidłem, ponieważ ta nuta wyczuwalna będzie właściwie do końca. Co prawda nie tak ostra jak po 10-20 minutach od aplikacji, to jednak kolendrowa osnowa będzie tematem przewodnim zapachu, aż do jego zgaśnięcia. Po 20-30 minutach zaczyna jednak “wychodzić” już bardziej nowoczesna strona pachnidła, nuta politycznego “odprężenia” – do kolendry dołącza się bardzo wyczuwalna drzewna baza palisandru (drewna różanego). Zapach z chropowatej, przyprawowej, ryczącej na całe gardło bestii zmienia się w aksamitną, dość cichą mieszankę, pełną dyskretnej elegancji i klasy. Po przejściu w nuty serca właściwie kończy się ewolucja tego zapachu. Do końca więc mamy do czynienia z kolendrowo-drzewną mieszanką opartą na typowej, męskiej mszysto-paczulowej bazie. Zapach zwalnia swój bieg, staje się jeszcze bardziej gładki, jest, jak tytułowy pasza, elegancki i dostojny. Na mojej skórze aromat gaśnie po ok. 10-12 godzinach, tak więc trwałość określiłbym jako więcej niż przyzwoitą.

Pasha to na pewno nie zapach dla młodych chłystków, a raczej dla poważnego, dojrzałego (w pełni znaczenia tego słowa) faceta. Rozwinięcie idei ponadczasowej formy zegarka udało się Cartierowi znakomicie, tym bardziej, że mam wrażenie, że zapach doda nosicielowi nie tylko dojrzałości i “nobliwości”, ale i w oczach postronnych osób doda dwóch dodatkowych zer w stanie konta – faktycznie czuć tu pewną klasę i bogactwo. Pewnie także dlatego, że nie jest to romantyczny “przytulaniec” a raczej zapach, który trzyma na dystans. Trudno będzie jednoznacznie określić jego charakter, bo łączy wiele, zdawałoby się, sprzecznych cech. Jest jednocześnie świeży i przyprawowoostry, ale nie brakuje mu także nutki orientalnego ciepła. Najlepiej sprawdzi się w pogodę przejściową, kiedy pogoda jest nieekstremalna, kiedy nie mamy ochoty na “zbyt wiele” którejkolwiek z wymienionych wyżej cech.

Jest bez dwóch zdań świetny, ale jednak nie mój. Zapach za to będzie korespondował idealnie z władczą, zdecydowaną osobowością. Z kimś, dla kogo nienagannie skrojony garnitur i doskonale dobrany do niego krawat to codzienny uniform. Zdecydowanie za mało w nim luzu i niewymuszonego uroku. W podobnym, dyskretnym, eleganckim charakterze wybieram Bulgari Pour Homme. Notabene autorem obydwu kompozycji jest Jacques Cavallier i czuć tu ewidentnie jego “rękę”. Podsumowując jest to naprawdę znakomity zapach idealnie rozwijający koncept i kolekcję Pasha de Cartier, jednak, podobnie jak super drogie zegarki paryskiej marki, przeznaczony jest dla wąskiego grona odbiorców.

w dwóch słowach: trzymający na dystans uniwersalny zapach dla stąpających twardo po ziemi

Technikalia:

głowa: lawenda, mandarynka, kminek, mięta, anyż

serce: kolendra, drzewo różane

baza: labdanum, drewno sandałowe, paczula, mech dębowy

nos: Jacques Cavallier

data powstania: 1992

Van Cleef & Arpels Pour Homme

Na początek należą się Wam uzasadnione przeprosiny. Ilość obowiązków, ale także, nie będę tego ukrywał, ogólne zniechęcenie sprawiły, że od dłuższego czasu brakowało na blogu jakiejkolwiek nowości. Nie chodzi oczywiście o niechęć do perfum, ale raczej o cholerną pogodę, która jednego dnia daje nadzieję na rychła wiosnę by następnego przywitać nas epickimi roztopami w stylu +1C i śnieg z deszczem. To na szczęście za nami, choć wymówkę teraz też udałoby mi się znaleźć (wy też widzicie tylko te szare, rozmokłe, usiane psimi kupami trawniki?), no ale że obowiązków trochę mniej to i czasu w końcu chwilę wygospodarowałem.

W powtarzających się, licznych mailach od czytelników (no dobra, chodzi o dwie wiadomości od jednej osoby :) ) domagaliście się ostatnio recenzji nieco zapomnianego, trudno dostępnego pachnidła o długiej, trudnej germańsko-łacińskiej nazwie Van Cleef & Arpels Pour Homme. Zupełnym przypadkiem forumowicz FourOfKind okazał się być posiadaczem wspomnianego zapachu i łaskawie obdarzył mnie sowitą próbką (no dobra, to on pytał o recenzję… :) ), dzięki czemu mogę spróbować opisać to zapomniane dzieło męskiej perfumerii.

Kompozycja firmowana przez francuski dom jubilerski rozpoczyna się zestawem zielonych przypraw. Majeranek wraz z bazylią dają przedziwny efekt wąchania kurzu. Tak, to zielony suchy pył, który po chwili opada i ujawnia środkową nutę, nutę serca, duszę zapachu. W przypadku Van Cleefa jest nią niewątpliwie róża, składnik stereotypowo damski, ale tutaj zmaskulinizowany najmocniej jak można to sobie wyobrazić. Jest więc tu nuta nadająca perfumom ostrości (goździki? jałowiec?), ale i nuta, która przesądza o charakterze zapachu i stanowi jego siłę. W niedawno recenzowanym Azzaro Acteur różyczka była rozwodniona, skąpana w strugach deszczu, tu natomiast stoi ona na przeciwnym biegunie. Jest sucha, pylista i bardzo drzewna. Stopniowo pojawia się coraz więcej kwiatów i zapach traci swój monolityczny różany charakter, kiedy to dołącza delikatnie mydlane piżmo, ziemista paczula oraz akcenty bazy – skóra i labdanum. Przywodzi na myśl nie zapalone, roztarte na pył różane kadzidełko. Dzięki odrobinie skóry w piżmowym, ciepłym finiszu, zapach zachowuje swój „ciemny”, wieczorowy charakter. Może nie jest tak mroczny jak inne różane (Ungaro III, Montale Black Aoud) czy paczulowe (Van Gils Classic, Givenchy Gentleman) monstra, ale w ogólnym wydźwięku jest zdecydowanie zapachem ciężkim i nieco „gotyckim” aczkolwiek pozbawionym „arogancji” wcześniej wymienionych. Moje pierwsze wrażenie pod tytułem „różane mydełko” okazało się być bardzo mylne, bo zapach jest dużo bardziej złożony niż mogłoby się wydawać „na pierwszy niuch”. Projekcja wprost powala i nawiązuje do najlepszych pachnideł gatunku. Podobnie jest z trwałością – wytrzymuje spokojnie „od prysznica do prysznica” czyli 12-14 godzin, a może i dłużej, ale tego już nie sprawdziłem.

Nasz tytułowy bohater, to zapach elegancji i właściwie ucieleśniający wszystkie prawidła, wedle których konstruowano zapachy w tych dawnych czasach, kiedy powstawał. Szczęśliwie udało mu się uniknąć tak częstej w tej erze przesady i nadmiernego przeładowania, które wiele pokrewnych mu zapachów czynią nieprzystającymi do współczesności. Mimo niewygórowanej ceny absolutnie nie czuć tu taniości i syntetyczności składników, a jest wręcz przeciwnie – zapach sprawia wrażenie klasowego, eleganckiego i szlachetnego, utkanego w sposób przemyślany. Krótko mówiąc czuć, że to towar luksusowy, a nie jedynie dodatek do nowej linii jeans’ów. Sprawdzi się znakomicie w okazjach wieczorowych, i to nie tylko tych formalnych. Jest na tyle „mało smutny”, że nawet w popularnym klubie tanecznym będzie intrygował i odcinał się pozytywnie na tle nowych klonów One Million’a. Myślę, że z łatwością trafi w gust fanów bogatych, orientalnych niszowych pachnideł w stylu Amouage czy Montale.

w dwóch słowach: elegancki, różano-skórzany zapach wieczorowy

Technikalia:

głowa: jałowiec, lawenda, bazylia, kminek, bergamota, majeranek

serce: bylica, róża, goździk, paczula, kłącze irysa, jaśmin, goździki, wetiwer, cedr

baza: labdanum, skóra, ambra, piżmo, kokos, mech dębowy

nos: Louis Monnet

data powstania: 1978

Caron Pour Un Homme

Dzisiejszy wpis nie może się obyć bez wstępu. No bo jakże pisać o perfumach marki Caron i nie wspomnieć o “dinozaurach” perfumerii? Założony w 1904 roku przez Ernesta Daltroffa Caron posiada bogatą historię w branży perfumeryjnej i wciąż trzyma się wizerunku prawdziwego “domu perfumowego”, czego niestety większość podobnych przedsiębiorstw już dawno się wyrzekła. Caron wciąż pozostaje całkowicie oddany zapachom i jest jedną z ostatnich marek, która posiada w swojej strukturze instytucję “nosa” (Richard Fraysse), czyli osoby odpowiedzialnej za zapachowe kreacje. Sama firma chwali się na swoich stronach, że jest jedynym domem perfumowym, którego poczynaniami sterują perfumy same w sobie, nie będąc jedynie dodatkiem do sekcji “fashion”. W niektórych miejscach w sieci można natknąć się na informację, że dzisiejszy bohater, Pour Un Homme, który wylansowano w 1934 roku, był pierwszymi perfumami przeznaczonymi wyłącznie dla mężczyzn. Jest to spora przesada i bardzo łatwo zweryfikować tę informację patrząc chociażby na datę wyjścia na świat Mouchoir de Monsieur od Guerlaina, co nie zmienia jednak faktu, że PUH to jedna z legend pod tytułem “klasyczny męski zapach”. Czy, wciąż dostępny, do tego w bardzo przyjaznych cenach, zapach Carona wytrzymał próbę czasu?

Spis nut opublikowany na oficjalnej stronie Carona, w przeciwieństwie do oryginalnego składu, w którym roi się od składników, mówi jedynie o lawendzie i wanilii pozostawiając wiele znaczące niedopowiedzenie w postaci wielokropka. Nic więc dziwnego, że od pierwszej sekundy po aplikacji na skórę poczujemy ostrą lawendę. Na początku uwypuklony jest jej ziołowy, ostrzejszy charakter. Wrażenie ziołowości zapachu, niemal aptecznej, potęguje wyraźnie wyczuwalny w kilka sekund po opadnięciu na skórę rozmaryn. Nie jest to szczególnie oryginalne i raczej typowe dla wód kolońskich – oczywistym odwołaniem jest “Woda Królowej Węgier”, gdzie pojawiała się podobna para. Zdecydowane otwarcie jednak stopniowo łagodnieje i do głosu dochodzić zaczyna kwiatowa natura lawendy – z czasem mamy mniej twardych, zielonych łodyg, a więcej fioletowego kwiecia. Nic jednak nie trwa wiecznie, a tym bardziej ulotna, lekka molekuła lawendy. Jak wiadomo, do tanga trzeba dwojga, a tym drugim składnikiem, potrzebnym właśnie po to by przedłużyć krótkie życie zapachu lawendowych gałązek jest wspomniana wcześniej wanilia. Niepostrzeżenie dotarliśmy w ten sposób do fazy serca, gdzie w żadnym razie słodka, raczej kremowa, wanilia, ociepla medyczną, sterylną nutę lawendy. Ona jednak wciąż tu jest, ale dzięki włożeniu jej w kremowe ramy, jeszcze bardziej uwypukla się jej kwiatowy charakter. Całość nie zmienia się zbyt mocno i zdecydowaną większość czasu, kiedy perfumy “żyją”, mamy do czynienia właśnie z mieszanką budyniowej, delikatnej wanilii z nutami kwiatowymi. Pod koniec do tańczącego dostojnie, bez nowoczesnych “wygibasów”, duetu dołącza się lekkie, acz męskie, piżmo, by w ramach odbijanego zaopiekować się zmęczoną już trochę wanilią. Blisko skóry, ostatnie dwie, trzy godziny prowadzi do ostatecznego finału. Dopiero finisz lekko tonuje mocną projekcję zapachu, a trwałość jest mocną stroną Carona i kształtuje się na poziomie 10-12 godzin.

To co stanowi znak rozpoznawczy Pour Un Homme to właśnie wspomniane wyżej duo lawendy i wanilii. Nut, zdawało by się, kompletnie sobie obcych – ta pierwsza lekka, aromatyczna, raczej orzeźwiająca, druga zaś orientalna, ciężka, ciepła. Ich połączenie daje jednak znakomity efekt idealnie zbalansowanego akordu. Wanilia “podkręca” naturalną, kwiatową słodycz lawendy, a ta w zamian pozbawia wanilię typowej dla niej ciężkości i słodyczy i nadaje jej kremowy, balsamiczny charakter. Powracając do pytania ze wstępu, moim zdaniem PUH nie tylko wytrzymuję walkę z czasem, ale nawet wpisuje się we współczesne perfumiarskie trendy. No bo mamy tu przecież i ultranowoczesne, minimalistyczne podejście do tematu czyli zdecydowane skupienie się na dwóch jedynie składnikach toczących ze sobą walkę i pojawiających się naprzemiennie, a także postawienie na nuty “niemęskie” – kwiatowe uwypuklenie charakteru lawendy oraz ciepła wanilia. Oba te trendy trendy i szansę na sukces perfum we współczesnych warunkach dostrzegli nawet marketingowcy Carona i od pewnego czasu twarzą zapachu nie jest już nobliwy dżentelmen w mocno nie wyjściowym garniturze, ale francuski rugbysta Sebastien Chabal, zwany przez kibiców, pieszczotliwie, “jaskiniowcem”. Zapach Pour Un Homme nie do końca, według mnie, koresponduje z tego typu, pierwotnym, silnym, typem męskości, bo to jednak zapach ciepły, otulający, dający raczej poczucie bezpieczeństwa niż zachęcający do hulanek, morderstw i gwałtów. Jest przy tym jednak wyjątkowo uniwersalny, a i lubiące ziołowe akcenty panie powinny się w jego oparach znakomicie odnaleźć. Klasyk drodzy państwo, klasyk.

w dwóch słowach: zaskakująco współczesna lawenda z wanilią

Technikalia:

głowa: lawenda, rozmaryn, bergamotka, cytryna

serce: szałwia, róża, drzewo różane, cedr

baza: wanilia, bób tonka, piżmo, mech dębowy

nos: Ernest Daltroff

data powstania: 1934

Azzaro Acteur

Dziś po raz kolejny o perfumach rzadko widzianych, rzadko używanych i pewnie jeszcze rzadziej kupowanych. Mowa oczywiście o tytułowym “aktorze”. Zapach, który wprowadzono na półki perfumerii w 1989, musiał być trudny start, jako że były to pierwsze męskie perfumy Azzaro po premierze klasycznego Azzaro PH, który stał się, już od premiery, nie tylko komercyjnym hitem i perfumowym symbolem lat 80.-ych, ale i kamieniem milowym w historii męskiej perfumerii selektywnej. Tak długie oczekiwanie na kolejny perfumowy wypust pokazuje też małe wahania ówczesnych trendów – potrzeba było 11 lat by klasyk się znudził i spowszedniał. Zmilczę oczywiście jakiekolwiek porównania do współczesnego tempa “wystrzeliwania” nowości i kolejnych wersji tej samej wody (choć akurat domowi Azzaro zarzucić tego nie można). No ale wróćmy do Acteura, bo to on jest bohaterem dzisiejszej opowieści…

Acteur “rozpoczyna się” bardzo charakterystycznie. Już, spotykana przecież często w męskich perfumach, gałka muszkatołowa jest inna niż zwykła – bardziej ostra, gorzkawa. To pewnie dzięki zastosowaniu tzw. “macis”, a więc nie klasycznie używanych w kuchni sproszkowanych nasion muszkatołowca, ale ich osnówek,  łupinek które otaczają mielone później nasionko, zwanych także kwiatem muszkatołowym. Czujemy więc przede wszystkim przyprawowość, którą dodatkowo potęguje gorzki tatarak i zastosowanie ziela angielskiego. Nie ma tu delikatnej goryczki, którą czujemy gdzieś na końcu języka – to autentyczna zielono-przyprawowa gorycz, która atakuje agresywnie przez około 15 minut. Po tym czasie zapach się wygładza i łagodnieje. Do głosu zaczynają dochodzić nuty serca, a przede wszystkim jedna konkretna, która jest znakiem rozpoznawczym tego pachnidła. Chodzi tu oczywiście o różę. Nie taką jaką czuć w męskim Ungaro III czy niszowcach w rodzaju Black Aoud od Montale. Nie ma tu więc ani grama pylistego, herbaciano-różanego ciężaru i gęstego pyłu. Róża w Acteurze jest prawdopodobnie jeszcze nie dojrzała i mocno zroszona wodą, dosłownie nią ociekająca, nie tyle wilgotna, co mokra. Postawiono na uwypuklenie męskiego charakteru tego kwiatu, a więc mniej jest tu kwiatowej słodyczy a więcej, wciąż kwiatowej, zieloności. Tak jakby zmieszać płatki rózane z zieloną pulpą mielonych kolców i listków. Mimo zastosowania składnika stereotypowo damskiego ani przez chwilę nie ma cienia wątpliwości, że mamy do czynienia z męskim zapachem. Wodnistość i zieloność róży jest uwypuklona delikatną goryczką aby zredukować jej kobiecy, kwiatowy charakter. Całość jest bardzo naturalna i bez wątpienia męska, co jeszcze bardziej potęguje baza. Wciąż wyczuwalna mokra róża przechodzi stopniowo w tzw. akord Azzaro, czyli coś co jest ewidentnym nawiązaniem do wielkiego klasyka. Nie ma tu jednak cienia znanej z klasycznego fougere tonkowej słodyczy. Ale za to w pełni uwypuklony jest aspekt animalny, czyli skórzano-ambrowy, oczywiście na bazie utrwalającego i niosącego całość mchu dębowego.

Po 11 latach od premiery Azzaro PH, wyjście tego pachnidła na rynek musiało być delikatnie szokujące. Pamiętajmy jednak, że rok wcześniej na światło dzienne wypłynął Cool Water Davidoff’a, który o 180 stopni odwrócił panujący w męskiej perfumerii trend. I taki też chyba miał być Acteur – miał uwspółcześnić, odmłodzić i dostosować do ówczesnej mody klasyka. Na szczęście robi to w stylu daleko bardziej wyszukanym niż można by się spodziewać. Daleko mu do, masowo plagiatujących CW, nowych wodniaków, wpisuje się jednak w ówczesny nurt nadawania zapachom wilgoci. W tym przypadku, na szczęście, nie pozbawiając go jednocześnie suchej, klasycznej wytrawności ujawniającej się w bazie. Trwałość i projekcja jest już jednak o ton niższa niż w klasycznych perfumach męskich lat 80.-ych, ale i tak jest na poziomie więcej niż przyzwoitym – tak więc bardzo wyraźnie przez pierwsze kilka godzin, by później nieco osłabnąć, ale spokojnie być wyczuwalnym do ok. 10-12 godzin. Mimo długich lat od premiery i niewielkiej popularności nadal jest produkowany, ale próżno go szukać w sieciówkach – sprzedawany jest tylko jako kolekcja butikowa. To również daje sporo do myślenia a’propos klasy pachnidła. Na szczęście można znaleźć je również, w przyzwoitej cenie, w nielicznych perfumeriach internetowych. Czy jest lepszy od klasyka? Moim zdaniem nie, ale o to 99% procentom zapachów męskich będzie trudno. Takie porównanie jest jednak o tyle krzywdzące, że są to jednak zapachy różne. W męskiej perfumerii mainstream’u niczego podobnego w każdym razie nie znajdziecie i, moim zdaniem, warto “aktora” spróbować. A nuż odegra na waszej skórze “rolę życia”?

w dwóch słowach: mokra, zielona męska róża

Technikalia:

głowa: kwiat muszkatołowy, tatarak, bergamotka, kardamon

serce: róża, jaśmin, cedr, goździk

baza: mech dębowy, ambra, piżmo, skóra

nos: Maurice Maurin

data powstania: 1989

Sonia Rykiel Homme Grey

Na początek muszę się wytłumaczyć z dłuższej niż zwykle blogowej nieobecności. Tzn. obecny byłem, ale tylko jako “silent observer” :) To hobby ma to do siebie, że jakikolwiek nieżyt górnych dróg oddechowych wyklucza rzetelne pisanie o perfumach. A niestety dopadło mnie. Mam nadzieję, że ten pierwszy raz był zarazem ostatnim w Nowym Roku. Po prawie tygodniowej, bez efektów, kuracji lekowej poddałem się sposobowi domowemu, czyli do jedzenia tylko rosół i tona świeżo przeciśniętego czosnku na chlebie, a ta diabelska mieszanka popita sporą ilością zagrzanego alkoholu :) . Dzięki temu katar zelżał na tyle, że mogę pokusić się o kolejną “riwju”. Tym razem rzecz mało popularna i daleko rzadziej spotykana od ostatnio recenzowanych pachnidełek.

Sonia Rykiel, znana w świecie mody głównie z zamiłowania do wszelkiej maści pulowerów, nie celuje swoją perfumeryjną produkcją w brzydszą część społeczeństwa. Bo trudno uznać za marketingowy cel kogoś, dla kogo w ciągu trzydziestu kilku lat obecności na perfumowym rynku przygotowuje się jedynie 3 premiery. Jedną z nich jest właśnie Grey zamknięty w charakterystycznym “sweterkowym” flakonie w tonacji, a jakże, szarości. Barwa która poczujemy w otwarciu nie koresponduje jednak zbyt mocno z szarością. To miks cytrusów z jabłkiem oraz anyżem. Z osobna poczuć można jedynie wilgotne yuzu, ale całość jest tak zielona, że bardzo mocno przypomina zapach świeżo zerwanych witek brzozowych – dopiero rozkwitająca zieloność, soki zerwanych z drzewa, połamanych na drobne kawałki patyków. Jest świeżo i zieloniutko – daleko od uczucia szarości. Jednak już po chwili mrok zaczyna “wyłazić”. Nie w postaci kadzideł, drzew, igieł, dymu, a w postaci ciepłej wilgoci. Tak właśnie pachnie Grey! Ciepły wiosenny deszcz w mieście – lekko zakurzone pierwszym “wypustem” pyłków z kwitnących drzew chodniki schłodzone mżawką. Szarość stopniowo się zagęszcza. Nie znaczy to jednak, że robi się ciemniej – po prostu deszcz zaczyna padać co raz mocniej, poziom wilgoci w atmosferze wzrasta, aż w końcu jedynie muśnięte deszczykiem, oleiste ulice zalewa fala z nieba. Im bliżej końca, tym zapach łagodniej, zanadto się nie zmieniając – deszcz stopniowo słabnie i w końcu przestaje zupełnie, ale temperatura nieco wzrasta i cieszymy się ciepłym, delikatnie parującym wiosennym wieczorem.

Ciekawe, że te skojarzenia to właściwie jedyny sposób, żeby opisać “szarego”. Składników podanych w spisie nut, poza ewidentnym yuzu w otwarciu, właściwie nie czuć. Przyprawy? Cyklamen? Tonka? No way. Próba rozłożenia tych perfum na czynniki pierwsze musi skończyć się porażką. Ale czy to źle? Banalnie proste będzie za to opisanie walorów użytkowych pachnidła, tj. trwałości i projekcji – ewidentnych minusów pachnidła. O ile pierwsze 2-3 godziny perfumy operują bardzo wyraźnie, o tyle kolejne 3 godziny musimy się raczej domyślać ich obecności na skórze. Po 6 godzinach czuć już bardzo niewiele. Nie dajcie się zwieść “marketingowej” szarości – nie jest to zdecydowanie ciężki zapach jesienno-zimowy, jedyny mrok i szarość jakie tutaj mamy są zasługą wieczornej, parującej wilgoci. I w tym miejscu trzeba zdecydowanie zaznaczyć, że zapach jest bardzo “plastyczny” – maluje w głowie konkretne obrazy, których ciężko jest się pozbyć. To niewątpliwa zaleta tego pachnidła – daje nam znacznie więcej niż odczucia zapachowe i możliwość prostego rozbioru na części składowe. Czuć tu jednak zdecydowane “niedoinwestowanie”, które przejawia się nie tylko słabą mocą i, co najwyżej, średnią trwałością, ale i delikatną plastikowością wiodącej nuty. Okazuje się, że ulicznym rynsztokiem spływają nie tylko pyłki i mokre listki, ale niestety, od czasu do czasu, trafia się i zgnieciony celofan zdjęty z paczki fajek… Trochę szkoda, bo pomysł był bardzo dobry, ale jeśli chodzi o wykonanie to kilku tysięcy “baksów” ewidentnie zabrakło. Ale pomimo tego, jeśli gustujecie w delikatnych zapachach oraz w zielonych, roślinnych, nieprzesłodzonych klimatach, to kupując Grey będziecie w domu. Wąchając “szaraka” mam również nieodparte wrażenie, że to jakiś daleki kuzyn Cerruti Si. Oczywiście odarty z balsamicznej słodyczy tego drugiego, ale brzozowa nuta i delikatność obu woni jest zdecydowanie wspólnym mianownikiem.

w dwóch słowach: wilgotna wiosna w domach z betonu

Technikalia:

głowa: yuzu, mandarynka, liście pomarańczy, zielone jabłko

serce: gałka muszkatołowa, cyklamen, drewno różane

baza: drewno sandałowe, bób tonka, piżmo

nos: Edouard Flechier

data powstania: 2002

Paco Rabanne Black XS

Dzisiejszy bohater nazwą nawiązuje do klasyka Paco z początku lat dziewięćdziesiątych. Gdyby kierować się tylko i wyłącznie otoczka marketingową, to coś tu nie gra. Oryginalny XS to zielony “raczej świeżak”, a tu mamy do czynienia z czarną jak noc butelką opisaną gotykiem i rysunkiem róży w nieco glam rockowym stylu. Czy da się przerobić “uroczego blondaska” na “typa spod ciemnej gwiazdy”? A może nazwa i nawiązanie to tylko blef lub brak pomysłu marketingowców? Sprawdźmy zatem…

Już po pierwszym teście bloterowym i pierwszym “niuchu” rozwiązuje się zagadka z “wstępniaka”. Z XS jego następca ma wspólnego tyle, co dzień z nocą. Świadczy o tym już samo otwarcie, które ze świeżością, nawet zieloną, nie jest zbieżne w żaden sposób. Jest ono jednocześnie najbardziej charakterystycznym „momentem” tego pachnidła. Trudno je pomylić z czymkolwiek innym, chyba że bierzemy również pod uwagę przetwory owocowe :) . Bo tak właśnie pachnie BXS tuż po aplikacji – gęsty, kremowy, nieco mleczny jogurt o smaku truskawkowym. Nie wiem jakim cudem udało się taki efekt osiągnąć w zdominowanym przez cytrusy akordzie, w każdym razie właśnie tak pachnie. Już po kilkudziesięciu sekundach staje się mniej płynny i aksamitny, zagęszcza się i tężeje do formy truskawkowo-śmietankowego karmelka. Jeśli brać pod uwagę tylko to charakterystyczne otwarcie to wcale nie dziwię się, że sporo mężczyzn już na starcie zapach odrzuca traktując go jako mało męski, a wręcz damski. Cukierkowa słodycz, dodatkowo wsparta wyjątkowo silną projekcją, przeciętnego Joe kupującego jedną flaszkę perfum na 2 lata na pewno odstraszy. To jednak tylko pierwszych kilka minut, a jazda trwa dalej. W pewnej chwili słodycze i owoce chowają się głęboko. Serce zapachu zaczyna ujawniać swój przyprawowy charakter. Zapach nie jest tak słodki jak na początku – delikatnej słodyczy nadaje mu jedynie czekoladowa nuta praliny. To co gra pierwsze skrzypce w tej części można określić jako akord balsamiczny biorący się zapewne z wymienionego w spisie nut tolu. Powoli zza kurtyny zaczynają się wychylać także cięższe nuty bazy, a więc akordy ciemnego drewna (jakiś mahoń, heban) i podlana pralinkową czekoladą paczula, całkiem zbliżona do tej z Muglerowskiego Angela (co nie jest przypadkiem, zważywszy, że to dzieło tej samej osoby), aczkolwiek otulona w puchaty kożuch miękkich akordów ambrowych charakterystycznych dla współczesnej męskiej perfumowej konfekcji. To wszystko czuć już, mniej więcej, godzinę od aplikacji. Dalej zapach trwa w niezmiennej formie i żongluje swoimi nutami w wyważony sposób, raz po raz serwując zmysłowi powonienia przeplatające się akordy serca i bazy – “efekt truskawki” na tym etapie zanika zupełnie. Trwałość zapachu trzeba ocenić na ok. 7-8 godzin przy czym jedynie otwarcie jest mocne i wyraźne. Po około godzinie zapach staje się mocno ociężały i osiada bardzo blisko skóry, co jest jednym z niewielu minusów tego tajemniczego, trochę erotycznego zapachu.

Ociężałość i „bliskoskórność” o której kawałek wyżej to właściwie jedyny zarzut, który mam do kompozycji. Zapach doskonale nadawałby się do klubu i jest bardzo w “tym” klimacie, ale jest na to odrobinę zbyt słabowity, szczególnie po kilku godzinach od aplikacji. Gdyby tylko opisywane perfumy było o ton donośniejsze to bez najmniejszej wątpliwości już od dawna zajęłyby zasłużone miejsce na mojej perfumowej półce. A tak, wciąż ze sobą walczę… Jedno jest pewne – zakup na pewno nie zostałby spisany na straty, bo jestem przekonany, że dzieliłbym go ze swoją partnerką. Trudno mi sobie wyobrazić zapach lepiej od Black XS wpisujący się w schemat „uniseksualności”. Tak więc panowie, jeśli nie odstraszają was perfumowe słodycze – do dzieła! Sprawicie prezent nie tylko sobie ale i swoim matkom, żonom lub kochankom.

w dwóch słowach: owocowo-balsamiczny, nieco mroczny “drewniak”

Technikalia:

głowa: cytryna, kalamanzi, aksamitka

serce: cynamon, pralinka, balsam tolu, kardamon

baza: palisander, czarna ambra, paczula, heban

nos: Olivier Cresp

data powstania: 2005

Wesołych Świąt!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam, moim obecnym, byłym i przyszłym czytelnikom, radosnych świąt w rodzinnym gronie, spokoju ducha, przynajmniej w ciągu tych kilku magicznych dni, spełnienia marzeń oraz najlepszych zapachowych wspomnień związanych z  przepyszną wigilijną kolacją.